Bo męska rzecz – być daleko…
…a kobieca – wiernie czekać. Szkoda tylko, że fanki pięknego Mortena i jego kolegów z A-ha czekały na album mocno poniżej możliwości zespołu. Przynajmniej songwiterskich.
Videos by VICE
Z powrotami w muzyce jest niestety słabiutko. Bo komu się taki powrót udał? Może Sabbsom dwa lata temu, choć i tu w sumie może to i kwestia niekoniecznie wygórowanych oczekiwań. Zazwyczaj argumenty są dwa: hajs się musi zgadzać (wierzymy), albo wchodzi w grę kwestia jak to muzycy jednak dochodzą do wniosku, że nie mogą żyć bez grania (tu wierzymy warunkowo). Jaka nie byłaby prawda, przecież zawsze można pograć sobie w ramach innego projektu, nieprawdaż? A-ha zdecydowanie tak powinni zrobić, bo “Cast in Steel” nie bardzo cokolwiek dźwiga. Nawet jeśli to akurat powrót specyficzny, bo z definicji TYLKO na jedną płytę i trasę.
Nie mówimy o zespole szczególnie w historii muzyki ważnym. Prędzej o fabryce melodyjnych przebojów. Tych faktycznie jest tu kilka, choć przy “The Sun Always Shines on TV”, czy “Hunting High and Low” to one nawet nie stały. Przykładem bondowski odrobinę “Under the Make up”, którego pseudosymfoniczne wstawki prędzej niż przy najlepszych numerach o agencie 007, lokują się gdzieś obok “Rise Like a Phoenix” Conchity Wurst, czyli w tzw paśmie eurowizyjnym. Płyta w całości jest makabrycznie przeprodukowana, a tam gdzie najbliżej synth popowych korzeni, jak w erasure’owskim “The Wake” jest najlepiej. To dosyć symptomatyczny problem dla dawnych ejtisowych gwiazd, wspomnieć casus Simple Minds, czy Duran Duran – choć ci akurat mają resztki groove’a i zobaczymy jak zabrzmi ich nadchodzący album. Idzie o to, że owe grupy kiepsko radzą sobie z mijającym czasem, więc albo robią doskonale (albo bardzo blisko) to samo, co w epoce, albo oddają się jakiemuś niesamowitemu mnożeniu studyjnych ścieżek, które ma przykrywać brak pomysłu na prawdziwe odświeżenie soundu. Ot, odpalamy producencką dezynterię, a nuż coś zażre…
Mało jest niestety na “Cast in Steel” naprawdę fajnych piosenek, co ten album jakoś by ratowało. “Forest Fire” jedzie na motoryce “Take on Me” i ma naprawdę przyjemny (i przebojowy) refrenik. Piękne harmonie i fajna dynamika w refrenie zdobi “She’s Humming a Tune”. Fajnym, odrobinę beatlesowskim snujem jest “Goodbye Thompson”. Zdecydowana większość to jednak zapychacze. Ani do tańca, ani do kagańca, chciałoby się powiedzieć. Przykładowo takie “Living at the Edge of the World” – niby zapowiadające się ładnie, trochę w nurcie “Hunting” plus cure’owska gitarka, ale rozpompatyzowany refren zabija cały ewentualny urok zwrotki. “Mythomania” leci natomiast taką rytmiczną tępotą, że idzie zęby zgryźć. Podobnie “Giving up the Ghost”, brzmiące jak coś bliżej niedobrej sceny EBM, niż kanonicznych nagrań A-Ha.
Nie jest to klasowy powrót, choć może zatwardziałym fanom zespołu będzie się podobał. Miejmy tylko nadzieję, że A-ha nie powtórzy casusu Scorpionsów, którzy od kilku lat jeżdżą w dwudziestą szóstą, dwudziestą siódmą, itd pożegnalną trasę. Męska decyzja – w tę, albo w tę.
More
From VICE
-

Robin Williams (Photo by Sonia Moskowitz/Images/Getty Images) -

(Photo by Jim WATSON / AFP via Getty Images) -

Seinfeld (Photo by FILES/AFP via Getty Images)
