Balzac – Bloodsucker

Balzac to stare wygi horror punka, czy jak tam sami bodaj wolą: devil-rocka. Powstali w 1992 roku i bardzo szybko trafili pod skrzydła jeszcze starszych wyg, bo samych Misfits.

Od tamtego czasu obie formacje mocno się wspierają. Balzac nieustannie promuje Misfitsów u siebie, a Misfits pokazują Balzaków w nieskośnych rejonach świata, choćby biorąc ich ze sobą w trasę, czy nagrywając cover ich “Day the Earth Caught Fire”. Materiały chłopaki z Kraju Kwitnącej Wiśni publikowali jakościowo różne, co znowu brzmi trochę jak historia sklonowana z Misfits, którym – podobnie – połowa nagrań wyszła średnio, albo słabo. Tym razem i Japończykom poszło właśnie mocno średnio, bo “Bloodsucker” zdecydowanie nie jest najlepszą płytą w ich dorobku. Gdzie czai się jej problem? W zawartości cukru w cukrze, to znaczy horror punka w horror punku.

Videos by VICE

Na “Bloodsuckerze” bowiem panowie postanowili mocniej niż wcześniej pobawić się w hardcore’a i metalcore’a. Czyli pograć ciężej, z mniej melodyjnym, nieraz growlującym wokalem (“I Suffer”, singlowy “Bloodsucker”). Efekt tego taki, że numery straciły sporo lekkości i polotu. Wydaje się, że są pisane trochę na siłę. A że od poprzedniej płyty minęły aż trzy latka, to dosyć konkretny zarzut. Czasu było dość. Kiedy z kolei wracają do źródeł, a więc łoją lżej i bardziej melodyjnie, doprawiając to tym charakterystycznym nosowym wokalem, zabawa jest przednia. Posłuchajcie choćby ślicznej melodyjnej galopady w “199666”, czy “Trick or Treat”. Tu jest wszystko, co w gatunku ważne, czyli znakomite frazy, “łooo-o-ou” w refrenach, świetne gitary rodem z najlepszych lat punkowej Kalifornii, niemal popowa nośność. Szczęśliwie, kiedy już decydują się na ów powrót do źródeł, lecą nim w miarę konsekwentnie do końca, więc jeśli uda się wam przetrwać pierwsze trzy songi, robi się już z górki i czekają was tylko dwa potknięcia na samo zakończenie.

Ale jednak trzeba udźwignąć j-rockową konwencję wokalną, a to wcale nie takie łatwe do przeskoczenia. Szczęśliwie w pozostałych partiach jest na tyle amerykańsko, że wszystko trzyma się kupy i konwencji. Ale konwencja konwencją, tymczasem na “Bloodsuckerze” za mało jednak jest tej przebojowości, która uczyniła z nich “japońskich Misfitsów”. Choć z drugiej strony, gdyby tych ostatnich mierzyć ostatnimi dokonaniami, to może i Balzac wychodzą na prowadzenie? Wszak nikt przy zdrowych zmysłach nie uznałby “Devil’s Rain” za dobre nagranie. Dopóki więc Jerry Only nadal będzie zaciętym bucem, z którym żaden porządny wokalista nie wytrzyma, cieszmy się Balzakami. W końcu gdyby wyciąć połowę numerów, “Bloodsucker” byłby naprawdę niezłą… epką.

Thank for your puchase!
You have successfully purchased.