„Rzuciłem palenie i kościół też, do pierwszego czasem wracam, do drugiego nie” – przypomniałem sobie słowa piosenki Spiętego, idąc na XX Targi Wydawców Katolickich w Warszawie. Rzeczywiście, w kościele nie byłem już ładnych parę lat. Nie po drodze mi, nie mam tam czego szukać. Na dobre pożegnałem się ze Świętą Trójcą i oddałem swoje miejsce w niebie następnej osobie w kolejce. Moja decyzja nie była sprzeciwem wobec niesprawiedliwości spod znaku Krzyża, pedofilii spod habitu i polityki z ambony – zwyczajnie z Boga katolickiego wyrosłem, jak wyrasta się z bajek o Świętym Mikołaju. Co za tym idzie i dom jego, kościół stał się dla mnie zwyczajnym budynkiem, tylko trochę chłodniejszym niż inne. Paradoksalnie idąc więc na Targi, czułem się tak, jak wilk próbujący wkraść się w stado owieczek. Nie, nie byłem na kwasie.
„To na chuj tam lazłeś?” – bynajmniej nie chodziło o szyderę, nie chciałem wdać się w jakąś bezsensowną konfrontację urażając uczucia innych, tak jak i teraz tego nie chcę. Broń Cię Panie Boże! Nie liczyłem też na nawrócenie, jak i samemu nie pragnąłem nikogo odwracać. Byłem w pobliżu, a impreza wzbudziła moją ciekawość. No i nigdy wcześniej nie brałem udziału w czymś takim.
Videos by VICE
Całe Targi trwały 4 dni (3-6 kwietnia), w tym czasie ponad 160 wystawców rozłożyło swoje stoiska w Arkadach Kubickiego na Zamku Królewskim. Wśród nich byli też goście honorowi, przyjechali prosto z Watykanu. Nie widziałem ich, nie wpadliśmy na siebie. Pewnie dlatego, że byłem tam tylko w piątkowe popołudnie. Tyle czasu jednak wystarczyło, bym przekonał się jak wielką imprezą były Targi. Istne katolickie wesołe miasteczko.
Liczba prezentowanych pozycji rzeczywiście wyglądała imponująco. Po okładkach książek nie miałem wątpliwości, że z łatwością znajdę tutaj praktycznie każdy temat dotyczący ludzkiego i duchowego życia. Była literatura dla dzieci i coś dla podróżników-pielgrzymów, umknął mi jedynie kącik gastronomiczny – no ale co w mogłem tam znaleźć, „Gotuj z Jezusem”?
Zaskoczyła mnie ogromna ilość zwiedzających. Tak duża, że chwilami samo przejście korytarzem wzdłuż stoisk stawało się nie lada wyzwaniem. Głównie osoby starsze i rodziny z małymi dziećmi, ich na swojej drodze spotykałem najwięcej. Wiadomo, młodzież pewnie w szkołach, uczy się pilnie i przyjdzie zaraz po zajęciach. Zwłaszcza, że w przewodniku, który otrzymałem w recepcji widniał napis „Piątek – Dzień Młodzieży: Papież i młodzież razem”.
Zwiedzając kolejne stoiska, oprócz zapoznawania się z eksponowanym asortymentem, próbowałem zagajać z wystawcami. Od prezentowanych książek bardziej interesowały mnie osoby je prezentujące. Co sprawiło, że zajęli się właśnie wydawaniem literatury katolickiej, dając innym Boga między wierszami?
Poznałem więc księdza Stanisława, jezuitę z „Posłańcem Serca Jezusowego” – najstarszym polskim katolickim miesięcznikiem (140 lat na rynku). Mówił mi o wyzwaniach związanych z docieraniem do młodszych czytelników, poprzez ujarzmianie mocy internetu. Dalej znalazłem stoisko z grami planszowymi (tak, grami planszowymi). Tutaj do wyboru oprócz „Bitwy pod Grunwaldem” (dlaczego nie “Krucjaty”?) była też gra o Św. Franciszku i pielęgnowaniu w sobie cnót miłości, wierności, uprzejmości itp. Dotarłem też do stoiska, gdzie można było kupić pamiątki przywiezione z dalekiej Afryki. Z chwilą, gdy wdałem się w dyskusję ze sprzedawcą na temat plusów i minusów misji księży na „Czarnym lądzie”, usłyszałem, że gdyby nie idea misji „Może teraz w Polsce modliłbym się do innego Boga, klęcząc zgarbiony na kocyku”. Potem tłumaczył się, że tylko tak żartował. Nic u niego nie kupiłem.
Przy jednym ze stoisk poznałem też Wojtka. Stał za ladą ubrany w ciemny garnitur i koszulę, sprzedając filmy ewangelizacyjne.
VICE: Dlaczego tu jesteś?
Razem z wydawnictwem czujemy się powołani do dzielenia się swoją wiarą. Mówimy o naszym nawróceniu i naszych doświadczeniach.
Opowiedz coś o sobie. Czym zajmujesz się na co dzień?
Z wykształcenia jestem inżynierem. Pracuję w firmie ubezpieczeniowej w departamencie IT. Mam żonę i czwórkę dzieci.
Dlaczego zdecydowałeś się na wzięcie udziału w Targach?
Był taki okres w moim życiu, kiedy wydawało mi się, że wszystko zależy tylko ode mnie. Moje życie uzależniałem od tego, ile zarabiam i jaką mam posadę. Pracowałem wtedy w banku i chociaż tak naprawdę męczyłem się, wmawiałem sobie, że kiedyś to da mi szczęście. Z czasem to pragnienie stało się moim zniewoleniem. W końcu zrozumiałem, że tylko Bóg może mi pomóc i że tak naprawdę wszystko zależy od Niego…
Wcześniej byłeś niewierzący?
Byłem wierzący, chodziłem do kościoła. Robiłem to jednak bardziej z obowiązku, szacunku do tradycji. Cały czas jednak czułem, że jestem sam. Modliłem się „Panie Boże, zrób coś!”.
Co było dalej?
Poszedłem do spowiedzi, która trwała półtorej godziny i faktycznie… potrzebowałem tego sakramentu i rozmowy. Ksiądz widząc, w jakim jestem stanie powiedział mi „Odmawiaj Litanię do Świętego Józefa, codziennie” i spytał jeszcze, czy modlę się z żoną. Odpowiedziałem, że tak, że nawet razem klękamy wieczorem i modlimy się, ale to raczej tak z obowiązku. Wtedy dodał, żebyśmy razem odmawiali różaniec, ale tak na głos. Pomyślałem, czemu nie?
Pomogło?
Moje życie diametralnie się zmieniło. Moje relacje z żoną bardzo się poprawiły, skończyły się spory i nieporozumienia. Tak samo poprawiły się nasze relacje z dziećmi, które stały się spokojniejsze. Przestałem pokładać ufność w pracy i pieniądzach, ale zaufałem Bogu. To było niesamowite, bo naprawdę widziałem efekty. Zacząłem dostrzegać, jak Bóg działa, w moim życiu i daje mi wskazówki, wszystko zaczynało nabierać sensu. To był swego rodzaju dialog, bo na różne sposoby dostawałem odpowiedzi na moje pytania. Dla przykładu moje imię…
Wojciech?
Tak, znaczenie tego imienia brzmi: „Ten, któremu walka sprawia radość”.
A skąd się o tym dowiedziałeś?
Z internetu.
Ok, ale jak to ma się do ciebie?
Powoli odkrywałem znaczenie spowiedzi, że to jest też miejsce spotkania z Panem Jezusem. Na jednej z nich, u kapłana, który mnie nie znał, dostałem na końcu takie słowo – „Idź w pokoju, boży wojowniku”. Ciekawe, że to było zaraz po tym, jak rozważałem fragment książki, o tym, że Bóg może dać Ci imię. To była bardzo konkretna odpowiedź.
Ok, chyba już rozumiem dlaczego tu jesteś. Czy w takim razie, można być szczęśliwym bez Boga?
Nie, bo każdy z nas ma w sobie puste miejsce, które tylko Bóg może wypełnić.
Dzięki za rozmowę, teraz już pójdę w swoją stronę.
Opuszczając Targi, myślałem o tym co powiedział Wojtek, że wszyscy żyjemy z pewną pustką w środku, której sami nie zapełnimy. Nie zgadzam się z tym. To by znaczyło, że od początku jesteśmy niekompletni, wybrakowani i by to zmienić musimy coś zdobywać, kogoś zapraszać i przyjmować. Rozumiem, że pewni ludzie potrzebują drogowskazu, czegoś co ich pokieruje i zdejmie z nich pewien ciężar odpowiedzialności… A gdybym powiedział, że wszystkie potrzebne wskazówki są już w nas i wystarczy ich tylko poszukać? Bo czyż nie każdy z nas może być swym własnym bogiem, który sprawi, że świat zmieni się w prywatny raj na ziemi? Jakże zajebiście by nam wtedy wszystkim było, tak po bożemu.
Zdjęcia wykonane przez Fisty Photography.
More
From VICE
-

Robin Williams (Photo by Sonia Moskowitz/Images/Getty Images) -

(Photo by Jim WATSON / AFP via Getty Images) -

Seinfeld (Photo by FILES/AFP via Getty Images)
