Feist – Pleasure

Pewien znany i ceniony dziennikarz muzyczny, którego mam przyjemność znać osobiście (pozdrawiam Cię Bartku serdecznie z tego miejsca!) napisał o “Pleasure” tak: “Najlepsza w tym roku płyta PJ Harvey, której nie nagrała PJ Harvey”. No i co ja mam teraz zrobić? Jak uwolnić głowę od tego (oczywistego, a jakże!) skojarzenia? Jak udźwignąć opisanie tego, co dzieje się na szóstym albumie kanadyjskiej songwriterki bez porównań? Nie (u)da się? Jak to nie?! Spróbujmy…

Moja przygoda z muzyką Feist zaczęła się (tak jak zapewne części, jeśli nie większości z Was) w 2007 roku. Leslie wydała wtedy album “The Reminder”, który był na tyle znakomity, że bronił się sam w sobie. Wytwórnia postanowiła jednak wesprzeć wokalistkę promocją – mocną i skuteczną. Efektem był spory szum w mediach oraz pierwsze występy artystki (niszowej, zapełniającej do tej pory raczej niewielkie salki i kluby) na letnich, plenerowych festiwalach w Europie.

Videos by VICE

Zażarło. Fanów zgromadzonych na koncertach Kanadyjki urzekł nie tylko jej głos i lekko ascetyczna (a może nawet hermetyczna?) forma jej rockowych piosenek i ballad. Czy też niezwykła kultura muzyczna i bezkompromisowość w kreowaniu siebie i swojego przekazu. Bez komercyjnych, tanich chwytów – rodem choćby ze świata popowego mainstreamu. Nic więc dziwnego, że dziś – po równych dziesięciu latach od premiery “The Reminder” i kolejnej, tylko jednej płycie – zarówno fani, jak i branża czekała z niecierpliwością na kolejny album Kanadyjki. A kiedy już się doczekała, to porównuję ją właśnie do PJ Harvey.

Słucham więc od kilku tygodni “Pleasure” z wielką uwagą (i robię to z wielką, tytułową przyjemnością) i przychodzą mi do głowy inne, nowe i kolejne nazwiska i nazwy. Cat Power, Laura Marling, St. Vincent, Bat For Lashes, Agnes Obel, Lykke Li, Goldfrapp. Również modna, popowa wręcz LP. A ostatnio najczęściej Nico z klasycznego debiutu The Velvet Underground. Może to wszystko przez ten – chyba jednak mały – rynek rockowych (ale nie tylko) songwiterek? A może to zasługa pojemnego, niczym studnia, głosu Feist – artystki, która częściej szepcze niż krzycy i raczej zdejmuje nogę z wokalnego “gazu” – zamiast wciskać go do dechy i pędzić z rykiem przed siebie.

Od eterycznego, zmysłowego i otwierającego całość “Pleasure”, poprzez hipnotyzujący “The Wind”, aż po oniryczny “Young Up” Leslie gra przede wszystkim ciszą, klimatem i nastrojem. Tym subtelnym, wyśpiewywanym przez nią dźwiękom towarzyszy podobny, oszczędny akompaniament. Bo tu mniej znaczy więcej. I jest to świadomy, zamierzony wybór artystki. Dlatego, żeby zrozumieć i pokochać jej muzykę, trzeba również świadomie jej posłuchać. Tylko wówczas usłyszy się te wszystkie fascynujące niuanse, detale i smaczki.

Takie jak ta fajnie przybrudzona, velvetowo “rzeżąca” (jak w “Pleasure”) gitara (oczywiście w rękach samej Feist) czy etniczne, plemienne klimaty afro-beatu w “Get Not High, Get Not Low”. Czy też fajnie rozhuśtana korzennym bluesem – w jego najlepszym, południowym wydaniu – “I’m Not Running Away”.

Kto lubi takie granie, będzie miał dużo pociechy z “Pleasure”. I wcale nie musi lubić PJ. Feist jest już dziś na tyle autonomiczną artystką, że to do niej powinniśmy porównywać inne, nie tylko debiutujące wokalistki.

Thank for your puchase!
You have successfully purchased.