Jak Frank Carter zrobił mi mój pierwszy tatuaż

Wszystkie zdjęcia Karol Grygoruk

Artykuł pierwotnie ukazał się na NOISEY Polska

Usiedliśmy naprzeciwko siebie, a on spytał, jaki chcę wzór – „Sztylet Grzechotników”odpowiedziałem – „o tu, na ręce”.
„Idealnie” – odpowiedział, dodając – „To twój pierwszy tatuaż? Słuchaj, to zaboli, jeżeli w pewnej chwili poczujesz, że potrzebujesz przerwy, po prostu powiedz. Tu nie ma bohaterów. Ok?”.
„Jasne, zaczynamy” – odpowiedziałem. Tak oto zaczął się mój wywiad z Frankiem Carterem, podczas jednego z najfajniejszych poniedziałków w moim życiu.

Videos by VICE

Twórczość Cartera śledziłem już lata temu, w czasach, gdy ten zdzierał sobie gardło w Gallows, punkowym kwintecie z Wielkiej Brytanii. Potem przyszła pora na spokojniejsze i bardziej melodyjne Pure Love, gdzie wydawało się, że ten charyzmatyczny rudzielec w końcu odnalazł szczęście, pokonując drzemiące w nim demony.

Debiutancka płyta „Blossom”, którą nagrał z the Rattlesnakes, pokazała jednak, że ból i złość wróciły, a wraz z nimi pojawił się frontman, jakiego kojarzyłem przed laty – wściekły, bezkompromisowy, sceniczny taran nie do zatrzymania. Byłem zauroczony. Postanowiłem osobiście zmierzyć się z tym żywiołem, poznać jego naturę.

Dlatego wsiadłem do samolotu i udałem się na kilka godzin w swoją pierwszą podróż do Londynu, by prosto z lotniska pojechać do legendarnego studia tatuażu Sang Bleu, w którym tatuuje Frank Carter (kiedy tylko nie jest zajęty skakaniem po scenie, wykrzykując swoje piosenki). Miałem tylko kilka godzin, tego samego dnia musiałem być z powrotem w Warszawie, ale dla mojego rozmówcy nie stanowiło to problemu. Frank okazał się nie tylko super sympatycznym kolesiem, ale także zajebiście utalentowanym i niesamowicie szybko tatuującym artystą.

VICE: Jakie było twoje dzieciństwo, jak je wspominasz?
Frank Carter:
Miałem wspaniałe dzieciństwo. Wychowywałem się tutaj, w Anglii, w małym miasteczku o nazwie Hemel Hempstead, gdzie dzisiaj żyję. Mieszkałem z mamą, tatą i trzema młodszymi braćmi. Ja jestem najstarszy z całej czwórki. Mój ojciec – zanim zaczął pracę w branży komputerowej – był DJ-em, więc w naszym domu zawsze było pełno muzyki. Natomiast moja mama była nauczycielką irlandzkiego tańca, co tworzyło dziwnie popieprzony miks w moim domu, a ja potrafię tańczyć, ale teraz tego nie pokażę (śmiech). Myślę, że to było typowe dorastanie na przedmieściach miasta. Potem moi rodzice się rozstali. Kiedy jest się nastolatkiem, spotykamy się z przyjaciółmi, poznajemy nową muzykę – i chociaż muzykę kochałem od zawsze, to gdy miałem 16 lat odkryłem punk rocka. To było jak uderzenie, z miejsca chciało się spuścić wszystkim wpierdol, chciało się być tym małym, punk rockowym dzieciakiem.

Byłeś popularny w szkole?
Popularny? Chyba zwyczajny, jak każdy inny. Miałem swoją grupkę przyjaciół, z niektórymi z nich nadal utrzymuję kontakt. Czasem w szkole mi dokuczano, bo byłem małym rudzielcem, a to jak bycie chodzącym celem.

Zdarzało ci się czasem wdać z kimś w bójkę?
Nigdy żadnej nie zacząłem, ale zawsze starałem się ją zakończyć. Jest takie powiedzenie, że w walce nie liczy się, jak wielki jest pies, ale jak bardzo chce gryźć. Dlatego nigdy nie bałem się konfrontacji.

Co w twoim życiu pojawiło się najpierw – muzyka, czy rysunek?
Rysunek, chociaż muzyka była zawsze w tle. Kiedyś powiedziałem tacie, że jak dorosnę, chce zostać projektantem graficznym, chociaż nawet nie do końca wiedziałem, czym tak naprawdę jest grafika. Kiedy zapytałem o to ojca, wyjaśnił, że to obrazy, ilustracje – „w takim razie chcę to robić”, odpowiedziałem. Miałem wtedy ze 4 może 5 lat. Z wiekiem poszedłem na studia, by tam uczyć się sztuki, ale w końcu je rzuciłem, żeby zostać tatuatorem.

Jest jakiś motyw, który lubisz najbardziej?
Niespecjalnie. Tu raczej chodzi o bycie kreatywnym. Po prostu chce tworzyć rzeczy – niezależnie, czy jest to muzyka, sztuka, czy cokolwiek innego. Kiedyś poświęcałem całe dni na rysowanie jednego wzoru, który za każdym razem udawało mi się spierdolić. Zawsze jednak chodziło o to, by polepszać swoją technikę, starać się robić to lepiej, znajdować równowagę. Dużo czasu spędziłem ucząc się starych wzorów z lat 50. Brałem z nich przykład – patrząc na ilustracje, które mają prawie 70 lat, a wciąż wyglądają zajebiście.

Jak zaczęła się twoja przygoda z tworzeniem muzyki?
Po prostu chciałem grać w zespole, chociaż nigdy nie myślałem o jakiejś muzycznej karierze – chodziło o zabawę. Los chciał jednak, że spotkało mnie dużo szczęścia i kariera przyszła sama. Mój pierwszy zespół nazywał się All Night Drive, miałem wtedy 16 lat. Nie umiałem grać na żadnym instrumencie, więc chłopaki dali mi wybór – jeżeli chcesz grać w zespole, musisz być frontmanem. A ja powiedziałem „spoko”. Nadal nie umiem grać na instrumentach, znam może kilka akordów na gitarze. Chciałbym móc poświęcić temu więcej czasu, ale poświęcam go głównie na robienie tatuaży. Mój brat, Steph zajął się graniem.

Jakie były wtedy twoje muzyczne inspiracje?
Black Flag, Madness, Descendents – kochałem słuchać muzyki, dosłownie wszystkiego, co było dobre.

Potem pojawiło się Gallows.
Taa.

Co teraz myślisz o Gallows, śledzisz ich dalsze nagrania?
Tak naprawdę to nie słucham już tego, co robią…

Serio? Nie przesłuchałeś „Desolation Sounds”?
Kurwa, pewnie, że nie. Słuchałem ich jeszcze, kiedy mój brat grał w zespole. Kiedy on też odszedł, stwierdziłem, że ten temat jest już dla mnie zamknięty – tym bardziej, że miałem wtedy do roboty dużo swoich rzeczy, by jeszcze skupiać się nad tym, co robi Gallows. Ale cały czas się przyjaźnimy, tak jakby.

Czytałem, że kiedy byłeś z nimi w zespole, wielokrotnie myślałeś o odejściu. Co było tego głównym powodem?
Nie byłem gotowy na to, co nas wtedy spotkało. Byliśmy bardzo młodzi, miałem 20 lat, kiedy podpisaliśmy gigantyczny kontrakt na płytę z wytwórnią fonograficzną za grube pieniądze…

Powinieneś był chyba być szczęśliwy?
To prawda i początkowo byłem, właśnie z tego powodu. Zaraz potem jednak każdy chciał zrobić z nami wywiad, przeinaczano moje słowa – bez przerwy czytałem swoje wypowiedzi, które kurwa nigdy nie miały miejsca. Nie mogłem dłużej tego wytrzymać, dlatego chciałem odejść za pierwszym razem. Poza tym dużo wtedy tatuowałem i zarabiałem na tym sporą kasę – wiesz, zaraz przed podpisaniem tego kontraktu, zespół nie przynosił żadnych finansowych korzyści, a zostałem postawiony przed faktem, że muszę poświęcić 4 miesiące na trasę koncertową. Za drugim razem zrezygnowałem, bo… nie podobała mi się muzyka, którą chcieli grać. Po prostu. Po „Grey Britain” trzeba było się określić, co dalej będziemy robić – chłopaki wysyłali mi swoje nowe pomysły, a ja czułem, że to zupełnie nie to, że to już nie jest mój zespół.

Tęsknisz za swoimi starymi piosenkami z Gallows?
Jasne, ja napisałem te płyty.

Bardziej wolisz „Orchestra of Wolves” czy „Grey Britain”?
Obie, chociaż „Orchestra of Wolves” jest dla mnie czymś specjalnym – pewnie dlatego, że nie staraliśmy się niczego udowadniać, po prostu stworzyliśmy kilka piosenek, które później nagraliśmy. „Grey Britain” była dla nas jak osiągnięcie, bo zrobiliśmy to po swojemu – wytwórnia oczekiwała od nas pop-punkowej płyty, więc my zrobiliśmy coś kompletnie innego: niesprzedawalny hardcore’owy krążek.

Popraw mnie, jeżeli się mylę, ale czy w piosence „Jaggernaut”, jest linijka poświęcona Gallows? „Wrap me up in chains all soaked in petrol, choking in the gallows like some wretched devil”.
Nie, to nie jest o nich, tylko o człowieku, który wisi na szubienicy, wokół szyi ma założony sznur i próbuje uciec – o tym jest tekst, dosłownie. Sam zdecydujesz, jak to zinterpretować.

Zaraz po Gallows pojawił się nowy projekt – Pure Love, z nowym, znacznie lżejszym brzmieniem od tego, co robiłeś wcześniej. Jak na tę zmianę zareagowali twoi najbliżsi i fani?
Moim bliskim bardzo się to podobało, ponieważ byłem szczęśliwy robiąc taką muzykę. Moi kumple z poprzedniego zespołu już tacy zadowoleni nie byli – co było raczej zrozumiałe. Wtedy zrozumieli, że nasza wspólna droga dobiegła końca. Pure Love już nie ma, ale ja nadal kocham ten zespół, naprawdę. Jestem dumny z tego, co razem zrobiliśmy – myślę, że to było kurewsko wspaniałe.

A jaka była reakcja fanów?
Ich opinie było skrajnie podzielone – część stwierdziło, że to, co robię jest kompletnym gównem. Ale spoko, mieli prawo do swojej opinii. Było też dużo osób, którym się to podobało, tyle że ostatecznie – to nie było to, czego chcieli. Bo w tym tkwi klucz: jeżeli nikomu nie zależy na tym, co tworzysz, ciężko będzie ci to później sprzedać. To właśnie spotkało Pure Love.

Powiedziałeś, że wreszcie odnalazłeś szczęście – co zresztą było widać na koncertach i klipach. Jednak smutek i złość wróciły. Co się stało?
Na listopad 2013 rok mieliśmy zaplanowaną trasę koncertową z Pure Love. Uznaliśmy, że będzie ona naszą pożegnalną. W tamtym czasie zostałem wywalony z salonu tatuażu, bo spędzałem za dużo czasu na graniu z zespołem, a moja żona urodziła córeczkę. Dwa tygodnie przed pierwszymi koncertami, zmarł jej ojciec – bardzo niespodziewanie. To nas zdruzgotało, nas oboje. Nasze emocje były kompletnie wymieszane – z jednej strony czuliśmy tak wielkie podekscytowanie naszym dzieckiem, z drugiej staraliśmy się poradzić sobie z rodzinną tragedią. To był dla nas ciężki okres, a ja zaraz przecież miałem wyjechać w ostatnią trasę, by śpiewać radosne piosenki. Czułem się żałośnie. Tym bardziej że wtedy uświadomiłem sobie, jak wiele znaczy dla mnie tworzenie muzyki – w momencie, gdy wiedziałem, że to już koniec.

Tyle że tak naprawdę to dało początek Grzechotnikom.
Zgadza się.

Pamiętasz uczucia, jakie towarzyszyły ci przy pisaniu „Loss” – pierwszej piosenki, po rocznej przerwie?
Były wymieszane. Byłem podekscytowany, ale jednocześnie czułem się dziwnie – wracając do tego. Denerwowałem się, ale przede wszystkim… czułem się kurewsko szczęśliwy, dając życie świeżemu projektowi. Chociaż jej słowa są smutne, to śpiewając ją w nowym zespole, czuję się, jakbym wygrywał.

Wcześniej wstępowałeś przy wyprzedanych koncertach, na którym były tysiące ludzi. Twój pierwszy koncert z Rattlesnakes odbył się tutaj, w studiu Sang Bleu – czy czułeś tremę?
Byłem bardziej zestresowany przed tym występem niż przed jakimkolwiek wcześniejszym w moim życiu. Tego dnia, kiedy tu graliśmy, mijała też dokładna rocznica od ostatniego koncertu, jaki dałem z Pure Love. Czysty zbieg okoliczności. Całe studio było wypełnione ludźmi, którzy przyszli zobaczyć nasz debiut. Ludzie stali nawet na schodach, przy wejściu.

Byłeś zadowolony po koncercie?
Po koncercie byłem strasznie pijany (śmiech). Kiedyś w ogóle nie piłem, omijałem używki, ale nie mogę nazwać siebie straight edgem – bo jeżeli teraz nim nie jesteś, to znaczy, że nigdy nim nie byłeś. Ale poznałem moją żonę, która nauczyła mnie cieszyć się ze wszystkiego, zdobyłem kontrolę nad swoimi wyborami.

Czy twoim zdaniem, gniew na scenie może być terapeutyczny?
Ogromnie. To dla mnie istne katharsis – wiem, że z boku może to tak nie wyglądać. Myślę też, że to działa w podobny sposób na innych, którzy są na naszych koncertach i czują te piosenki.

Jeżeli już mówimy o piosenkach – czytałem w sieci twoją wypowiedź na temat piosenki „Paradise” (mojej ulubionej z całego albumu), że gdy ją śpiewasz, twoja głowa jest pełna krwi i wszystkiego, co złe w tym świecie. Czy ten utwór ma jakiś ukryty przekaz?
Nie ma żadnego ukrytego przekazu – ja po prostu kurwa nienawidzę zamachowców samobójców, uważam, że są ścierwem i chciałbym, żeby wszyscy zdechli. Myślę, że to okropne, że tacy ludzie robią jeszcze pranie mózgu dzieciom, wykorzystując je do swoich wierzeń – że gdy umierasz w walce, czeka cię nagroda w Niebie.


Tutaj znajdziesz więcej naszych wywiadów. Polub nasz fanpage VICE Polska


A jakie jest twoje stanowisko wobec religii – jesteś za czy przeciw?
Nie jestem antyreligijny, myślę, że religia jest czymś niesamowitym – bo daje nadzieję, a nadzieja jest czymś wspaniałym. Tyle że w równym stopniu religia jest czymś kurewsko niebezpiecznym. Mnóstwo wojen wszczęto właśnie w imię religii, całe te jebane krucjaty – nic się nie zmieniło, tylko że teraz mamy AK-47.

Zdradzisz mi, o kim jest piosenka „Hate You”?
Nigdy, przenigdy tego nie powiem – aż do dnia mojej śmierci. Tylko jedna osoba to wie, ale nie jest to ta z piosenki.

To niesamowite jak bardzo tekst tego utworu kontrastuje ze spokojem muzyki.
Jest tak dużo miłosnych piosenek, mówiących: „kocham cię, jesteś dla mnie wszystkim” itd. Dlaczego więc nie powinna powstać piosenka o nienawiści?

Zespół nazywa się Frank Carter and The Rattlesnakes, czy to znaczy, że jesteś jedynym stałym członkiem kapeli – planujesz w przyszłości grać z innymi muzykami?
W dzisiejszych czasach bardzo trudno jest zarabiać na sprzedawaniu płyt, prawdziwe pieniądze dostajesz z tras koncertowych – więc zrozumiem, jeżeli chłopaki będą chcieli poświęcić się innym projektom. Nie planuję ich zmieniać, to moi przyjaciele i nie chciałbym grać już z nikim innym, ale nie zatrzymam ich. Wyjątkiem jest Dean Richardson, gitarzysta – on musi tu zostać ze mną, nie pozwolę mu odejść, razem zaczęliśmy ten zespół i jeżeli on odejdzie, nie będzie więcej The Rattlesnakes.

Masz swój ulubiony moment w trakcie koncertu?
Opowiem ci mój ulubiony moment z całej kariery – niedawno graliśmy na Reading Festival. Obchodziliśmy wtedy z moją żoną trzecią rocznicę naszego ślubu. W pewnym momencie, w trakcie występu, odwróciłem się i zobaczyłem ją, moją mamę i moją córeczkę. Podszedłem do nich i wziąłem swoją córeczkę na barana i razem z nią na plecach dokończyłem śpiewać piosenkę – to była najszczęśliwsza chwila w moim życiu. Lepiej być nie mogło, w tamtej chwili, gdybym miał umrzeć – odszedłbym szczęśliwym.

Co zmieniło się w twoim życiu, odkąd zacząłeś ten zespół?
Wiele się zmieniło – znów jestem szczęśliwy, przetrwaliśmy trudne chwile żałoby, żegnając się z ludźmi, którzy od nas odeszli. To, co jednak uległo największej zmianie, to ponownie zaczynam odnosić sukces w graniu muzyki – Pure Love było dla mnie czymś wspaniałym, ale ciężko ciągnąć coś, co po prostu nie daje żadnych pieniędzy.

Właściwie odpowiedziałeś chyba na moje ostatnie pytanie: czy jesteś teraz szczęśliwy?
Nie wierzę, że w życiu można być tak kompletnie szczęśliwym… Ale jeżeli chodzi o mnie, chyba bardziej niż teraz spełniony już nie będę.

Możesz obserwować autora tekstu na Facebooku lub śledzić go naTwitterze

Thank for your puchase!
You have successfully purchased.