Hudson Mohawke – Lantern

Od premiery debiutanckiego “Butter” minęło już tyle lat, że album “Lantern” Hudsona Mohawke można traktować niemalże w kategorii debiutów. Te długie sześć lat nie było jednak okresem rozłąki ze szkockim didżejem i producentem. HudMo korzystając z dłuższej przerwy wyrzeźbił chociażby ostatni album Kanyego Westa, a wcześniej doprowadził do czerwonej gorączki najbardziej ortodoksyjnych fanów Drake’a. Rosnąca popularność TNGHT, współtworzonego z kanadyjskim producentem Lunice, doprowadziłaby obu panów w niedługim czasie do roli projektu absolutnie światowego formatu, gdyby nie decyzja, że na pierwszym miejscu nadal pozostają kariery w pojedynkę. Zwłaszcza Hudson mocno na tym nie stracił. I mimo intensywnej przygody z rapem wszelkiej maści, to nadal ten sam koleś, który w wieku 13 lat, z trudem wychylając się ponad konsoletę, grał swoje pierwsze imprezy jako dj.

Po ostatnim spotkaniu z Hudsonem na Dour Festival, gdzie nieoczekiwanie pojawił się, wskakując w ostatniej chwili do line-upu w miejsce zwolnione przez swojego ziomka – Pusha T, naszła mnie myśl, że Szkot równie dobrze mógłby odwiedzać każdy większy festiwal, odwalając chałturę i serwując zza didżejki najnowsze i co bardziej chwytliwe bangery. Jak dobrze, że Ross Birchard nie wybrał tej drogi. Międzynarodowa scena, nie tylko elektroniczna (bo rapowa przecież też), straciłaby na tym dość pokaźną kartę swojej historii. Całkiem dobrym argumentem jest wydany (nie mogło być przecież inaczej) nakładem Warp album “Lantern”.

Videos by VICE

Z intro zasadniczo bywa tak, że może ono zarówno spełnić swoją rolę, robiąc ogromną ochotę na materiał, który po nim następuje, ale też zjebać wszystko na samym wstępie, automatycznie naprowadzając naszą dłoń i kursor myszki na znak x w rogu Winampa/iTunes/Spotify/innego playera. Tu na szczęście odegrany został pierwszy ze scenariuszy. Rasowe gwizdy, zupełnie jak z reklamy Old Spice, albo “Igrzysk Śmierci”, idealnie zgrały się z mrocznym tłem. Chociaż z racji, że to tytułowy kawałek, “Lantern” mogło wypaść nieco lepiej. Za to “Very First Breath”, katowane niemiłosiernie przez Annie Mac w każdej wieczornej audycji w BBC Radio 1, urosło momentalnie do jednego z największych hitów ostatnich miesięcy. Mnie natomiast totalnie kupiło monumentalne “Warriors” z gospelowymi chórkami i gościnnym udziałem Ruckazoid.

Mohawke to jeden z tych gości, którzy nie dość, że mają szerokie muzyczne horyzonty, to jeszcze w sposób zupełnie bezpretensjonalny potrafią się tym pochwalić. “Kettles” obudowane solidną partią orkiestrową spokojnie mogłoby stać się ścieżką dźwiękową do wielkiej holywoodzkiej produkcji. Na koncerty HudMo w teatralnym anturażu będziemy jednak musieli trochę poczekać, bo Szkot absolutnie nie rezygnuje z klubowych brzmień. Materiał zebrany na Lantern jest niezwykle eklektyczny. Mohawke nie byłby przecież sobą, gdyby na płycie nie pojawiły się też rapowe akcenty. A trzeba przyznać, że “Ryderz” skonstruowane na bicie D.J. Rogersa prezentuje się nadzwyczaj okazale, będąc zdecydowanym higlightem całego przedsięwzięcia. Na największy klubowy sztos trzeba natomiast poczekać aż do przedostatniego na liście “System”. Dobry gospodarz wie, że najlepsze kąski zostawia się dla najwytrwalszych. Jeżeli więc marzycie o podbiciu, które rozbuja żyrandol sąsiadów piętro niżej – nie zawiedziecie się, chociaż na tle wydanego niedawno “CHIMES RMX” (z udziałem Pushy T, Future, Travi$a Scotta i French Montany) wypada on dość blado. Praktyka czyni jednak mistrza, a ja głęboko wierzę i wy także powinniście, że Hudson tego nie zmarnuje.

Thank for your puchase!
You have successfully purchased.