LA Priest – Inji

Chociaż Late of the Pier wydało tylko jeden album, którego premiera miała miejsce 11 sierpnia 2008 roku, a więc niemal dokładnie siedem lat temu (upływający z prędkością światła czas budzi we mnie szczere przerażenie), to nadal jest jedną z częściej słuchanych przez mnie płyt. “Fantasy Black Channel” nie miało słabych punktów. Może za “VW” średnio przepadałem, ale cała reszta była namacalnym przejawem geniuszu. Potem LOTP ruszyło w trasę koncertową, zahaczając też o Open’era. Był też jesienny djset w praskim Śnie Pszczoły (jeszcze na Inżynierskiej). A potem zaległa nieznośna cisza. Po długich latach hibernacji wyłonił się z niej Sam Dust – wokal, gitara i twarz zespołu z Castle Donington. I jako LA Priest znów zawładnął moim sercem.

Naprawdę trudno o obiektywizm w stosunku do albumu, który jest dla ciebie niczym powrót Toma Hanksa w “Cast Away”. Już myślałeś, że się nie spotkacie, a tu BACH! Rozpoczynające płytę, leniwe “Occasion” z dominującą partią basu, obłędnie przesterowaną gitarą i charakterystycznym wokalem Sama, stawia jasny przekaz: warto było czekać. To wymarzony kawałek na przypomnienie, za co uwielbialiśmy LOTP, który jednocześnie winduje oczekiwania względem reszty materiału na jeszcze wyższy poziom. W efekcie dość smukło pod porzeczką, zupełnie jak na wczesnym etapie limbo dance, przemyka się “Gene Washes With New Arm”. Ten utwór najlepiej brzmi, kiedy w jego trakcie pójdziecie zaparzyć herbatkę do kuchni, w której niezbyt dobrze słychać, co dzieje się w pokoju. No chyba, że lubicie smętne instrumentale. Tylko jeden warunek: przerwa ze stoperem w ręku – dokładnie 2:39 i ani sekundy dłużej, bo chwilę później rozpoczyna się prawdziwa kumulacja. Najpierw hitowe “Oino”, które serwuje więcej muzycznych uniesień niż większość długo oczekiwanych muzycznych premier. Świetnym dopełnieniem jest totalnie pojechany klip reżyserii… brata Sama Isaaca. Historia dzieje się na pustyni, przez którą ex frontman LOTP wędruje z gitarą (chwilami zawisając do góry nogami na gałęzi w jaskini). Jest też szaman, który wymachuje połyskującym w słońcu, bliżej nieokreślonym przedmiotem. Całość wygląda dość surrealistycznie – to podobno ekranizacja historii, którą braciom Eastgate opowiadał w dzieciństwie dziadek. Następnie szybkie dwa wdechy i wchodzimy w kolejną perełkę – “Learning To Love” zdecydowanie najbardziej “klubowy” akcent całej płyty (na żywo jeszcze bardziej energiczny – sam sprawdziłem!). Dust od zawsze był muzycznym freakiem i wydaje się, że właśnie te dwa kawałki najpełniej oddają jego muzyczną duszę.

Videos by VICE

Poza klipami, sporą dawkę muzycznych dziwnostek zapewnia pozostała część materiału. “Pozostała” wcale w tym wypadku nie oznacza gorsza. W prawdziwą otchłań dźwięku wciąga nas hipnotyzujące “Lorry Park”. Chwilę później mamy okazję wybrać się w podróż nocnym pociągiem, obserwując światła mijanych miejscowości i opustoszałe perony kolejnych stacji. Trzeba przyznać, że kończące płytę utwory utrzymane są w znacznie mniej imprezowym nastroju. “Good Sign” przenosi nas gdzieś na skrzyżowanie Jeana Michelle Jarre’a i Mike Oldfielda z czasów “The Songs of Distant Earth”. W kategorii miłych zaskoczeń to zupełny obłęd. Czujecie tę gitarę? Żeby jednak nikogo nie zostawić po przesłuchaniu płyty z zamyśloną miną, Sam Dust na zakończenie serwuje wesołą, ledwie dwuminutową balladkę, zatytułowaną “Mountain”. Z lekkością motyla przemyka nam ona przed oczami, łaskocze delikatnie za uchem i odlatuje. Mam ogromną nadzieję, że to nie metafora muzycznej przygody LA Priesta, a Sam nie ulotni się z zaledwie jedną płytą na koncie. Do usłyszenia, Panie Eastgate!

Thank for your puchase!
You have successfully purchased.