Housley “Sweet Surrender” nagrywała w bardzo różnych miejscach. Od własnej stodoły, przez backstage lokalnej pijalni piwa, po elegancki country club. Do każdej z tych lokalizacji muzyka artystki pasuje jak ulał. Choć człowiekowi zdałoby się, że lokale owe powinny mieścić się w Nashville, nie w jej rodzinnym Manchesterze. Bo “Sweet Surrender” jest płytą pełną klasycznego country, bluesa i soulu, amerykańską bardziej, niż McDonald’s i chorobliwie otyłe dzieci. A jednocześnie wyegzekwowaną z niebywałą klasą i wyczuciem.
W wywiadach na temat tego nagrania Housley przekonywała, że zarzewiem płyty było jammowanie i radość jaką daje zwyczajne ludzkie spotkanie, podczas którego dzieli się emocje, muzykę, taniec, śmiech. Słychać to na płycie doskonale, kompletnie bowiem nie ma tu żadnej spinki – przeciwnie, luz, ale i ogromna muzyczną świadomość. Starczy posłuchać przepięknego soulowo-gospelowego “The Waiting Game” – wszystko tu w punkt, idealnie spięte, nic nie rozchodzi się na boki, a jednocześnie bije z tego numeru niesamowita, granicząca wręcz z dezynwolturą, lekkość. A że tak czarne granie nadchodzi zaraz po czyściutkim country “Nice to See Ya”, to tylko dobitniej dowodzi wszechstronności artystki.
Videos by VICE
Ale klimaty klimatami, źle skomponowanej płyty nawet największe wyczucie nie uratuje. Tymczasem wystarczy wsłuchać się w takie “Face the World Alone” – numer napisany absolutnie znakomicie, a jednocześnie jakby od niechcenia. Przy tym doskonale wzbogacony gitarowymi i klawiszowymi przeszkadzajkami, ze świetnie postawionym kontrapunktem – między folkową delikatnością zwrotki, a znowu gospelowym uderzeniem w refrenie. Ale nie wszystko jest na “Sweet Surrender” rozmemłane i pościelowe. Singlowe, bardziej rockowe “Ghost Town” broni się równie mocno, jak housleyowskie delikatności. A kiedy Housley zasiada do pianina, żeby zagrać minimalną, klasyczną, jazzującą balladę, ocieramy się o przyjemność wręcz orgazmiczną.
Housley to też istna wokalna siłownia. Głosowy potencjał ma wystarczający, by mury kruszyć. Dowód jej kunsztu z kolei w tym, że rozróżnia piano od forte i nie terroryzuje nas jerychońskimi w charakterze tyradami. Choćby w momencie, kiedy numer tytułowy przechodzi w refren – wokalistka wyciąga go siłowo dosłownie przez moment, by za chwilę wyciszyć się i uspokoić.
Satynowe to wszystko do granic możliwości. Dziw bierze, że tak doskonały formalnie album nagrała… debiutantka. Taką dojrzałość – i wokalną, i kompozytorsko – miewają ludzie wycierający zadem sceny od trzydziestu-czterdziestu lat. A i to nie zawsze. Dajcie jej trzy-pięć sezonów, a idę w zakład, że w ramach gatunku wysforuje się na jedno z ważniejszych nazwisk. Ameryka nie zostaje tu odkryta w żadnym wypadku. Nie jest to też nie wiadomo jak wydumane artystyczne poszukiwanie. Po prostu jak mamy kino gatunkowe, tak tu mamy album gatunkowy napisany i nagrany w sposób, do którego nijak nie można się przyczepić. To też kolejny dowód, że powoli brytyjska americana robi się mocniejszą sceną, od americany amerykańskiej, jakkolwiek kaskadersko by to sformułowanie nie brzmiało. Wielkie brawa.
More
From VICE
-

Robin Williams (Photo by Sonia Moskowitz/Images/Getty Images) -

(Photo by Jim WATSON / AFP via Getty Images) -

Seinfeld (Photo by FILES/AFP via Getty Images)
