Mammoth Storm – Fornjot

Niby nic takiego, kolejny stoner/doomowy zespół ze Szwecji, gdzie przecież powstały tak kanoniczne dla drugiej fali dooma rzeczy, jak Candlemass i Count Raven. Sęk w tym, że debiut to na bardzo wysokim poziomie, jakby owczym pędem stawiający Mammoth Storm jeśli nie w pierwszej lidze gatunku, to w bardzo bliskim owej pobliżu. Choć z tym debiutem, to może przesada, bo mózgiem stojącym za całą operacją jest znany z grupy Draconian gitarzysta Daniel Arvidsson, który tu pełni obowiązki basisty i wokalisty.

Stara prawda mówi, że jak kapela ma w nazwie zwierzaka, czy to małpa, czy koza, czy coś przepradawnego, z mamutami na czele, to gra dobre doomy i stonery. Mammoth Storm to potwierdzają. Aż dziw bierze, że tercet jest w stanie wygenerować aż taką ścianę dźwięku. Dźwięku intensywnego, jak procesy trawienne tytułowego Fornjótra, olbrzyma który wedle legend był władcą Islandii i Norwegii, a przy okazji ojcem rządzącego morzami Ægira, ognistego giganta Logiego (nie mylić z Lokim) i władcy wiatrów, Káriego. Trop z gigantami wcale nie jest też przestrzelony, w sensie metaforycznym oczywiście, bo tercet faktycznie, jakby przywoływał żywioły. Mroźne morza i wiatry w ogólnym klimacie, a ogień w polocie, jaki mają riffy, które na tej płycie znajdujemy. Kiedyś zwykłem śmiać się z zespołu Immortal, którzy w teledysku do “Blashyrk” biegali z elektrycznymi gitarami po jakimś fiordzie. Po co biegali – nie wiadomo. Gitary natomiast podpinali chyba prosto do jakiejś dziury w owym fiordzie i energię elektryczną czerpali wprost z pierwotnej mocy kamienia. W przypadku Immortal były to śmieszki. Gdyby Mammoth Storm zapodali coś takiego, byłbym chyba w stanie uwierzyć.

Videos by VICE

Przy okazji (o ile dobrze pamiętam) zawartej w filmie “Such Hawks, Such Hounds”, wypowiedzi na temat nagrywania jednego sześćdziesięciominutowego kawałka, Al Cisneros (Sleep, Om) zwierzał się, że zawsze kiedy słuchał jakiejś kapeli i trafił na riff-petardę, wkur*iał się, że trwa on cztery minuty, a nie na przykład dwadzieścia, aż naprawdę mu się znudzi. Fajność Mammoth Storm polega na tym, że kiedy trafią takim właśnie riffem-petardą, to nawet jeśli jest prosty (a większość riffów na płycie jest bardzo, ale to bardzo prosta), pozwalają mu spokojnie wybrzmiewać na tyle długo, aż faktycznie jesteśmy nim nasyceni. Swoją drogą dodatkowy bonus za to właśnie: polot połączony z prostotą, szlachetną wręcz techniczną oszczędność.

Poza rzeczonymi trwającymi bez końca petardami znalazło się jednak miejsce na śliczniutkie gitarowe harmonie (“Sumerian Cry”). Przeszkadzajki tego typu pojawiają się pośród wichrów i lodów jeszcze w kilku miejscach, nie dominują jednak przestrzeni zarezerwowanej dla mamuciego walca rozjeżdżającego wszystko w drobny mak. Jeśli z kolei chciałbym się do czegoś konkretnego przyczepić, padłoby na wokale Arvidssona. Nie, żebym po epickim stoner-doomie oczekiwał teatrzyków na miarę Dio, czy Kinga Diamonda, ale jednak monotonne huczenie gdzieś w połowie albumu jest mniej więcej na tyle dla mnie porywające, co kibicowskie skandowanie na stadionie. Tu przydałoby się jednak pokminić, przemyśleć, coś urozmaicić. Choć może to zupełnie subiektywna opinia i dla gatunkowych purystów okoliczność ta przemówi raczej en plus.

Tak, czy inaczej, “Fornjot” to zdecydowanie jedna z najlepszych stoner-doomowych płyt jakie usłyszeliście/usłyszycie w tym roku, a niejeden macher na scenie może poczuć – paradoksalnie – ciepły oddech tercetu na potylicy. A i z tego owi macherzy winni się cieszyć, bo mógł być nie oddech, a siekiera.

Thank for your puchase!
You have successfully purchased.