Pretty Woman z aplikacji

Post oryginalnie pojawił się na VICE UK.

Aplikacje randkowe zostały stworzone do zabijania czasu. Przebierania w wizerunkach potencjalnych partnerów seksualnych. To jednak niejedyny cel, dla którego można używać tych programów. Możesz na przykład udawać, że kogoś lubisz, namówić tę osobę, żeby kupiła ci fajne rzeczy, a potem zniknąć raz na zawsze.

Videos by VICE

Pomyśleliśmy, że wypróbujemy to potencjalne użycie w redakcji. W trójkę przystąpiliśmy do działania. Wrzuciliśmy dziewczynę hetero na Luxy, geja na Grindr i heterokolesia na Tindera. Naszym celem było wybłaganie jak największej ilości darmowego stuffu przy użyciu jedynie telefonów wyposażonych w pakiet internetu i braku poczucia winy.

Lubię szampana, drogie sery i jedwabną pościel. Niestety, wybrałam w życiu złą ścieżkę kariery. Głównym składnikiem mojej diety jest mrożona pizza, a nadprogramowa noc w hostelu w Southampton to dla mnie zbyt duży wydatek.

Dzięki bogu istnieje Luxy. Opis tej aplikacji to w skrócie „Tinder bez biednych ludzi”. Oferuje ona swoim użytkownikom „weryfikację przychodu”, po to żeby młodzi, bogaci Brytyjczycy pieprzyli się tylko z młodymi, bogatymi Brytyjkami. Według opisu ci „bogaci i atrakcyjni” użytkownicy to między innymi dyrektorzy, sportowcy, doktorzy, prawnicy, inwestorzy i celebryci. Żeby wejść do tej elitarnej grupy, musiałam się zarejestrować i przekonać pozostałych, że jestem jedną z nich.

Początkowo wszystko wyglądało obiecująco. W ciągu kilku dni dostałam wiadomości, w których obiecano mi loty dookoła świata, bilety do opery i pobyty w luksusowych hotelach.

Chciałam jednak sprawdzić, ile jestem w stanie wycisnąć z ludzi w jeden wieczór w zamian za wspaniałą rozmowę. I nic poza tym. W piątkową noc i poranek po niej ustawiłam randki na sobotni wieczór. Powiedziałam wszystkim trzem kolesiom z Luxy, żebyśmy spotkali się przy Sloane Square w Chelsea. Chciałam zmaksymalizować szansę potencjalnego zysku. Przybyłam ubrana na miejsce w swoją najskromniejszą biżuterię, a na nogach miałam obrzydliwe buty na niskim obcasie.

Pierwszego kolesia nazwijmy, nie wiem, Piers. Spotkałam się z nim o godz. 17 w Botanist, eleganckim koktajlbarze na rogu. Piers spóźnił się 20 minut, ale nie miałam na tyle tupetu, żeby się na niego wściekać, biorąc pod uwagę, że moim zamiarem było wykiwanie go.

Piers nie przeprosił mnie za swój brak poczucia czasu. Pominęłam to i chwyciłam z niecierpliwością za menu, by zamówić jakiś darmowy alkohol. On jednak zamknął je przede mną i uśmiechnął się, mówiąc:

– Kochanie, tej nocy nie musisz z tego korzystać. Piersy się tobą zaopiekuje.

Po tych słowach odszedł od stolika, po czym wrócił z czymś o nazwie Lavender Bloom (Kwiat Lawendy), co ponoć jest jego ulubionym drinkiem. Smakowało to mniej więcej jak miks naftaliny i suszonych kwiatów. Pomyślałam, że w sumie i tak mam to gdzieś. Dostałam pierwszego darmowego drinka i wszystko zaczynało się rozkręcać. Musiałam tylko z nim rozmawiać. Dowiedziałam się, że koleś pracuje w jakimś prawniczym korpo. To chyba nie była zbyt ciekawa praca. Uznałam jednak, że warto go słuchać, bo w trakcie rozmowy obiecał mi wycieczkę do Paryża.

Starałam się, żeby historia mojego życia była podobna do prawdziwej, bo nie chciałam się zaplątać w sieci kłamstw. Byłam Hannah Ramazanov, pół Niemką, pół Rosjanką, wychowaną w Londynie. Urodzona w Battersea, odziedziczyłam firmę medialną. Całe dnie spędzam w Harrodsie, poza tym inwestuję w nieruchomości. Dobra, może ta historia nie jest zbyt podobna do historii mojego życia. W którymś momencie trochę popłynęłam.

– Skądś cię kojarzę – stwierdził po pewnym czasie Piersy. Widziałam go pierwszy raz w życiu. Raczej nie obracam się w środowiskach, w których mężczyźni eksponują swoje owłosione klaty. Moi znajomi nie mają też imion pokroju Piers, więc miałam nadzieję, że pomylił mnie z jakąś farbowaną blondynką z Chelsea.

– Poczekaj, zaraz sobie przypomnę, a teraz przyniosę nam jeszcze po drinku.

Wrócił z czymś o nazwie Botanist Champagne Cocktail. To było mniej więcej równie ohydne co poprzedni drink, ale hej, to przecież alko. Z tą myślą szybciutko wypiłam przyniesione mi badziewie. Poza koktajlem Piers przyniósł jeszcze ostrygi, co chyba miało być jakąś delikatną sugestią. Z mięczakiem w dłoni opowiadał mi, że dla wielu osób jest to afrodyzjak. Nie żyję w piwnicy, więc nie było to dla mnie żadnym odkryciem. Piers w tamtym momencie zaczął przynudzać.

Na szczęście nie musiałam z nim już wtedy długo siedzieć. Po pięciu ostrygach doznał olśnienia.

– Wiem, skąd cię kojarzę. Wyglądasz jak ta dziewczyna z artykułu, który ostatnio czytałem.

Zaczęłam się śmiać przeraźliwym skrzekiem starszej kobiety. Powiedziałam coś o przypudrowaniu noska i szybkim krokiem wyszłam z restauracji.

W odróżnieniu od Piersa drugi chłopak, Henri, przyszedł punktualnie na stację, na której się umówiliśmy. Powiedział mi, że nie chce iść na drinka koło Sloane Square, bo to zbyt pretensjonalne. Z chwilą wejścia do baru otworzył swój portfel, a przede mną rozpostarły się wszystkie karty kredytowe.

Po dwóch lampkach szampana atmosfera się rozluźniła. Opowiadał mi o swojej pracy w znanej wytwórni muzycznej. Po tym, co przytrafiło mi się z Piersem, zaczęłam się denerwować. Rozmowa zaczęła za bardzo zbaczać w stronę wytwórni muzycznych i muzycznego dziennikarstwa. Myślałam, że jestem już spalona. Ale wyszło jakoś tak, że zeszliśmy na temat Metalliki i J-popu, aż w końcu zaczęliśmy rozmawiać o całkiem innych rzeczach.

Henri był mniej nudną osobą i pomiędzy łykami szampana zadawał mi mnóstwo pytań. Ale niestety na pytania trzeba odpowiedzieć. Skąd pochodzę? Jakiej firmy medialnej jestem właścicielką? Gdzie leżą te wszystkie moje posiadłości? Wciąż naciskał i oczekiwał większej liczby detali. Próbowałam zachować iluzję, ale w pewnym momencie miałam wrażenie, że gubię się w tym, co mówię. Tak chyba wygląda praca PR-owca.

Moje niejasne odpowiedzi sprawiły również, że Henri chyba zaczął coś podejrzewać. Pokazał mi aplikację od swojej strony.

– Spójrz, te wszystkie laski nie są bogate, po prostu lecą na hajs – powiedział z ironicznym uśmieszkiem, po czym zaprosił mnie na koncert Lady Gagi, oczywiście z VIP-owskimi biletami. Przez cały ten czas nieugięcie powtarzał, że postawi mi kolację, co brzmiało tak, jakby mnie testował. Niestety nie zamierzałam sprawdzać jego zamiarów, bo miałam w planach kolację z kim innym.

Po tym jak się już wykręciłam, poszłam o 20 na spotkanie z chłopakiem numer 3 w restauracji Colberta in Chelsea. Przy wejściu kelnerka zapytała mnie, na jakie imię była rezerwacja. Trochę się wtedy wkurwiłam, bo musiałam wyjąć telefon i sprawdzić to na Luxy. „Tarquin”. Okazało się, że były dwie rezerwacje na Tarquina na 20, więc miałam podać jeszcze nazwisko. Nie miałam pojęcia. Na szczęście koleś, wyraźnie podekscytowany, zaczął już do mnie machać.

– Mam nadzieję, że się nie obrazisz, ale ośmieliłem się zamówić szampana pod twoją nieobecność.

W tamtym momencie zaczęłam być cholernie głodna. Na stole leżał koszyk z jakimś ekskluzywnym chlebem. Zanurzyłam go w maśle i wpakowałam sobie do gęby, jakbym była na jakimś konkursie jedzenia. O dziwo, Tarquinowi bardzo się to spodobało.

– Lubię dziewczyny z apetytem – powiedział zadowolony, tłumiąc śmiech.

– Przepraszam, ale nie jadłam nic od brunchu – odparłam.

Kiedy podszedł kelner, Tarquin poprosił mnie, abym wybrała alkohol. Miałam ochotę na czerwone wino, więc pozwoliłam mu zamówić jedno z najdroższych. Chciałam zjeść na obiad coś, na co normalnie nie byłoby mnie stać. Tak naprawdę miałam ochotę na halibuta, ale to wyglądałoby zbyt plebejsko. Zdecydowałam się więc na drugą najdroższą rybę i wzięłam do tego jeszcze dwa półmiski frytek. W takich restauracjach zwykle podają porcje jak dla niemowlaków.

Rozmawialiśmy o jego miłości do koncertów estradowych, Chopinie, polowaniach i naszej wspólnej pasji – wykwintnym jedzeniu. Nie było w tym żadnych podtekstów seksualnych. Czułam się jak na kolacji z bogatym wujkiem. Po kolacji zjedliśmy jeszcze cholernie drogie lody, po czym jak zwykle uciekłam do łazienki, a on zapłacił rachunek.

Gdy szliśmy w kierunku stacji, Tarquin zaczął planować przyszły tydzień.

– Na pewno zarezerwuję kolację w Savoyu – po czym po długiej pauzie, patrząc wymownie, dodał: – I może nocleg? Ponadczasowe wnętrza są naprawdę klimatyczne.

To był sygnał, że najwyższy czas wracać do domu. Gdybym jednak chciała, mogłabym bawić się dalej. Henri nalegał na kolejnego szampana i coś jeszcze. Piers myślał, że nasza randka nie poszła wcale tak źle i chciał, żebyśmy spotkali się następnego dnia w barze na Claridge. Inny koleś, który tego ranka odwołał spotkanie, zaczął mnie zamęczać wiadomościami. Nie wiem jak, ale udało mu się nawet znaleźć mnie na Facebooku.

To jest właśnie problem z kolesiami na Luxy. Widzą coś, co im się spodoba, i chcą mieć to od razu.

Po tym jak każdy z nich coś mi kupił, czułam się, jakbym zawierała z nimi niepisany kontrakt. Dostawałam ładne rzeczy, więc miałam się czuć zobligowana do spędzenia upojnej nocy w ich towarzystwie. Trochę jak w Pretty Woman, tylko że nie miałam tyle czasu, by sprawdzić, czy czeka mnie jakiś happy end. Miałam czas tylko na przepicie i przejedzenie równowartości połowy swojej miesięcznej pensji.

* Imiona zostały zmienione.

Thank for your puchase!
You have successfully purchased.