Latem lubimy łączyć sport z wypoczynkiem. Popularnością cieszą się wszystkie aktywności fizyczne, zarówno dzienne, jaki i nocne. Na festiwalach muzycznych nie ma chyba bardziej aktywnego sposobu na połączenie tych dwóch czynności, niż bycie groupie. Miłośniczek muzyków na tegorocznej edycji Soundrive Fest nie brakowało, zwłaszcza że mimo przygotowanej specjalnie dla zespołów strefy VIP, znacznie częściej można było trafić, zarówno na zagraniczne jak i polskie gwiazdy, na tzw. „deptaku” przed klubem. Każdy mógł ze swoim ulubionym artystą pogadać, spalić szluga i nauczyć go podstaw języka polskiego, jak „na sdrowie” czy „kurwa”.
Postindustrialne zabudowania stoczni i wnętrza nowo otwartego B90, stworzyły absolutnie niepowtarzalny klimat Soundrive Fest. Nie zastąpi tego żaden plenerowy festiwal. Ale zacznijmy od początku.
Videos by VICE
Dzień pierwszy
O godzinie 18.00 na scenie głównej pojawili się pierwsi wykonawcy. Festiwal otworzyła grupa Girls Names, depresyjna czwórka z Belfastu, która zadebiutowała albumem „Dead To Me”, na którym znalazły się takie wesołe kawałki, jak „Burry Me”, „I Could Die” czy „No More Words”.
Ci, którzy mieli ochotę na coś bardziej energicznego mogli zrobić kilka kroków w lewo i znaleźć się w sali obok, gdzie w tym samym czasie imprezę pod sceną rozkręcali chłopcy z Karate Free Stylers.
Potem na Soundrive Stage weszli Dignan Porch, grupa rudzielców, z którymi później w środku nocy błądziliśmy po Stoczni, skakaliśmy przez dwumetrowe siatki i przeciskaliśmy się przez bramy w poszukiwaniu hotelu Gryf, gdzie ulokowanych zostało większość artystów. Tam, ścigając się po korytarzu, bezpowrotnie straciłam swój telefon zalewając go w torbie nie dokręconym Burnem… Ale wróćmy jeszcze na festiwal.
Niewątpliwie największy rozpierdziel na małej scenie zrobili goście z Experimental Tropic Blues Band, i nie ma w tym chyba nic dziwnego, biorąc pod uwagę fakt, że zespół został zaproszony do współpracy przy filmie „Ex Drummer”, a jeden z ich kawałków znalazł się na Soundtrack’u („Mexico Dream Blues”).W między czasie na głównej scenie publiczność hipnotyzował The Soft Moon. Nic, co legalne, nie daje tyle energii i nie pozwala na takie brzmienie. Czymkolwiek zaciąga się Luis Vasquez, niech robi to dalej, bo chcemy więcej takich kawałków jak „Want” czy „Insides”. Trochę szkoda, że ominął mnie początek ich występu, ale późniejszy chillout na backstage’u z perkusistą z zespołu, który bardzo skrupulatnie opisał cały występ, zrekompensował każdą utraconą minutę. Później dołączył do nas Connan Mockasin, niepozorny, rozczochrany blondyn z zaraźliwym śmiechem, z którym na czworaka pod stołem szukaliśmy fajek. O 22.30 przyszła pora na gwiazdę wieczoru – zespół Turbowolf z Bristolu. Przy utworze „A Rose For The Crows” każdy z tłumu pod sceną popłynął w swoją stronę śpiewając chórem refren i przywołując w ten sposób, wszystkich, którzy byli akurat na zewnątrz.
Chris Georgiadisa, mimo swojego specyficznego zachowania na scenie, prywatnie jest poczciwym gościem, który przez drugą połowę wieczoru z uśmiechem na twarzy rozmawiał i pozował do zdjęć ze swoimi fanami.
Dzień drugi
Nie wiem, jak to się stało, ale jakimś cudem zaspałam na pierwsze koncerty, które tym razem zaczynały się o 17.00… Na szczęście udało mi się dorwać parkę z Little White Lies i spalić z nimi fajkę pokoju, po której, podczas krótkiej, ale bardzo treściwej rozmowy, dowiedziałam się dlaczego muzycy najczęściej zostają alkoholikami. Powód jest prosty: „Na początku nie grywasz w klubach za kasę, tylko za wódkę, a kiedy już grasz za kasę, to wódkę i tak dostajesz za free”. Tyle w temacie.Jeżeli popularność zespołu mierzymy liczbą osób pod scena, to drugi dzień Soundrive Fest zdecydowanie należał do TOY. Nie ważne, jakim gatunkiem muzyki rockowej się jarasz, oni fenomenalnie połączyli ze sobą wszystko, od shoegaze, przez post rock, indie, krautrock, neo -psychodele, zahaczając przy tym o post-punk i wszystko to, co udergroundowe. Wierzcie albo nie, ale mimo wszystko słucha się tego lekko i przyjemnie. Wracając na Soundrive Stage, mamy po kolei Sjón (którym nie trzeba wiele pisać, najlepszy polski zespoł na tegorocznej edycji) oraz The Janitors (albo jak sami siebie nazwali „fucked up brothers”). Co prawda, nie zdążyłam na ich koncert, ale dopadłam ich w gastrostrefie. Strzeliliśmy sobie parę fotek, nakręciliśmy wideo, pośmialiśmy się, wypiliśmy i pobiegłam na końcówkę Wall Of Death (jak spędzasz popołudnie z gitarzystą wypytując o wszystko, co nie jest twoja sprawą, to niech cie przynajmniej przez chwile zobaczy pod sceną…). Najlepsze, wiadomo, na koniec. Przyszła pora na The Hickey Underworld, na który czekałam od miesięcy, dzięki któremu w ogóle dowiedziałam się o Soundrive Fest, sprawdzając któregoś dnia załącznik z nadchodzącymi koncertami. Ha! Taka sytuacja. Mimo początkowych problemów technicznych i niekompletnego składu (brakowało jednego gitarzysty), festiwalowicze na długo zapamiętają tych panów. Genialnie zagrane utwory z obu płyt, do tego świetny kontakt z publicznością od pierwszego rifu, farciarze z pierwszych rzędów zostali obdarowani butelką wódki i tamburynem, a ci, którzy mieli dobry wyskok, dorwali kilka rzuconych w tłum koszulek. Dodam tylko skromnie, że dla mojej osoby zespół przewidział coś więcej, czyli dwa nowiutkie albumy (debiutancki i najnowszy) na winylu. Ha!
Ci, którzy nie mieli okazji zobaczyć jednego z najlepszych występów tego festiwalu, bo w tym czasie zawiesili się na smętach Egiptian Hip Hop, być może znaleźli się w grupie szczęśliwców, którzy załapali się na nieoficjalny after w dawnym budynku dyrekcji stoczni gdańskiej, który obecnie pełni funkcje skłotu. Pomieszczenia przypominają tu bardziej atelier niż kawalerki, korytarze pełne są obrazów i prac tutejszych mieszkańców (głównie artystów). Wszystko to tworzy klimat, który co poniektórych sprowokował do zaglądania w każde drzwi w poszukiwaniu dark roomu (bynajmniej nie po to, żeby wywołać zwisające spod sufitu klisze). Na afterze chłopaki z The Hickey Uderworld po raz kolejny dali pokaz swoich umiejętności muzyczno-wokalnych.
Ten kto był wie, że to nie wszystko, do rana bawili się z nami, cały skład TOY oraz Wall of Death.
Dobrze, że każda impreza ma swój koniec, bo po kilku godzinach zaczęłam się wkręcać, że Tom Dougall z TOY jest moją bratnią duszą…
Tutaj pasuje i stawiam kreseczkę.
Dzień trzeci
Spodziewałam się, że może być problem z ogarnięciem się na koncert o 17.00. W biegu wleciałam na teren festiwalu – godzina 20.20, koncerty się już zaczęły… Podobno lala z kijamichujami (czyli iamamiwhoami), wyrzuciła wszystkich, łącznie z Sweet Release Of Death, żeby… zrobić próbę dźwięku. Spoko, wiem, że jej muzyki nie można nazwać sztampową, a w tej dziedzinie doceniam każdy przejaw kreatywności, ale wszyscy już gdzieś słyszeliśmy takie wycie. Gdyby chociaż odpaliła playback, te przynajmniej fałsze nie raniłyby tak moich uszu (a może to był kac?).
Gorzej, że iamamiwhoami promuje noszenie legginsów zamiast spodni, co jest niewybaczalne!
Jestem na nie.
I tyle. Na koniec dodam tylko, że na mapie festiwalu namiot mediów powinien być zaznaczony czarną plamą. Bez prądu i światła, nie zachęcił zbyt wielu dziennikarzy. A przynajmniej nie do pracy…. Artyści natomiast co do jednego chwalili zarówno nagłośnienie i akustykę w klubie, jak i ogółem cały festiwal. Wygląda na to, że w końcu doczekaliśmy się klubu przygotowanego technicznie w europejskiej skali. Fani też nie narzekali – w łazienkach można było jeść z podłogi. Cud, miód, malina. Do zobaczenia za rok.
More
From VICE
-

-

The Apple Watch Ultra 3, because there aren't pics of a rumored, unreleased Ultra 4 yet. – Credit: Apple -

Bruce Willis -

Nickelodeon