Tauron Nowa Muzyka x VICE x relacja

Historia zjadła w sierpniu swój ogon. Trzy tygodnie po Off Festivalu, wróciliśmy na teren Doliny Trzech Stawów. Podobnie zaaranżowany teren, ochrona w identycznych kostiumach, ogólnopolska hipsterka poprzeplatana lokalsami. Off 2013, tak szybko? A nie, to Nowa Muzyka w nowej, tymczasowej lokalizacji. Pod odwiedzeniu najlepszego polskiego lumpeksu (nie damy wam namiaru, żebyście nie wzięli najfajniejszych ciuchów przed nami) postawiliśmy stopy na terenie festiwalu i ruszyliśmy na ogólny rekonesans.

[PS] Można? Można. Da się? Da się. Głównym problemem Taurona jest to, że ktoś wymyślił go pod koniec sierpnia, a najczęstszą odpowiedzią na pytanie: „czemu nie jedziesz?“ jest: „nie mam dolarów“. W drafcie przygotowaliśmy już tekst o roboczym tytule „Dlaczego ktoś wrzucił wszystkie dobre zespoły na piątek, nie zostawiając praktycznie nic na sobotę“, ale życie zaskoczyło nas po raz kolejny. Było dobrze, nawet bardzo, do tego stopnia, że od czterech dni jedyne co przychodzi mi do głowy w pofestiwalowych wspomnieniach to zakwasy w łydkach i ogólne potłuczenia. Najbardziej bolą mnie plecki.

Videos by VICE

W sekcji „DO“ na pierwszy miejscu plasuje się lokalny bar „Pod Strzechom“, w którym gościliśmy już w trakcie OFFa. Zamknijcię Strefę Gastro, i tak każdy ląduje na kwadracie przed wejściem. Kiedy bas w trakcie Gang Gang Dance czujesz w brzuchu, albo nagłośnienie Beach House powoduje, że odczuwasz dziwny powiew wiatru ze sceny, twoi znajomi na sto procent już tam siedzą. Może im się zdarzyć, że się zasiedzą i w rytm fenomenalnego setu Lucy powitasz słoneczko w pojedynkę. Luca wyszedł na scenę z krzesełkiem, dyskretnie odpiął kabelki Michaela Mayera i na dwie godziny dał zapomnieć, że ledo poruszam już nóżkami.

[CR] Badanie festiwalowej infrastruktury (tj. szukanie stoiska z najtańszą szamą) umiliły dźwięki produkowane przez Speech Debelle. Wszystko było spoko dopóki Brytyjka nie zaczęła odpływać w stronę reggae i studenckich rozgłośni radiowych. Szybki transfer do namiotu przyniósł z kolei dużo większe rozczarowanie. Sepalcure, czyli Machinedrum i Praveen Sharma, sprzedali nam konkretną porcję poszatkowanej, zrytmizowane, monotonnej papki. Nie uratowały ich nawet urywające dupę wizuale. Wyprawa po puszkę Red Bulla okazała się niezbędna.

[PS] Ja się nie zgadzam, pierwszy raz prawie popłakałam się na koncercie innym niż starego, smutnego dziada. Było pięknie, choć wytrzymałam niewiele ponad dwadzieścia minut.

[CR] Szybki skok po pizzę i gimnastyka by wnieść ją pod scenę główną. Trudno się było przedrzeć przez opary marihuany, które wyraźnie zagęściły powietrze, a zebrani zaczęli zjadać naszą pizzę wzrokiem. Narastającą konsternację przerwali, swoim wyjściem na scenę, Nowojorczycy. Pierwsze dźwięki zwiastowały absolutną sraczkę. Liz Bougatsos niemiłosiernie miauczała nie mogąc się zgrać z zespołem. Wszystko to jednak minęło z początkiem następnego utworu i Gang Gang zaczęli zmasowany, mentalny rozpierdol. Nasączone world music i psychodelia, snujące się kompozycje stopniowo wwiercały się w jaźń i zostały spotęgowane przez świetne wizualizacje.

[PS] Do tej pory wstyd mi się przyznać z jakiego koncertu kiedyś wyszłam, żeby w tym samym czasie obejrzeć Gang Gang Dance. Formuła niewiele się zmieniła, na scenie dalej nic nie słychać, ktoś tam biega, staje na głowie. Intra do kawałków zabijają klimat z płyty powodując, że jedyne na co człowiek ma ochotę to tańce w parach.

[CR] Następnym punktem festiwalu okazał się wywiad z chłopakami z Hot Chip (którego premiera już wkrótce). Podróż na backstage okazała się dość emocjonująca. Wrzucony w sam środek strefy dla artystów, patrzyłem jak Machinedrum i The Field stukają się kielonami, tancerz Gang Gang Dance wcina talerz pieczonych ziemniaków, a kolesie z Hot Chip czilują się na leżakach. W międzyczasie na scenie głównej rozstawił się Beach House. Z tyłu brzmiało ładnie, aż przypomniały mi się moje ulubione sceny z filmów Disneya. Piszę się na powtórkę w Stodole, żeby doznać w pełni.

Następni do odznaczenia na liście byli Fuck Buttons. Andrew Hung i Ben Power konkretnie wyżywali się na słuchaczach przez godzinę. Zabrakło jednak klaustrofobicznego, dusznego klimatu, który ponad dwa lata temu dostarczyło stołeczne Powiększenie. Ci, którzy widzieli ich po raz pierwszy, i tak mówili o trepanacji czaszki i w międzyczasie polubili „Pieprzyć Przyciski” na facebooku. W tym samym momencie na scenie zdążyła się rozstawić ekipa okularników z Hot Chip i dostarczyła mi dokładnie tego czego oczekiwałem – godzinę, perfekcyjnie wyegzekwowanego, tanecznego szału. „Flutes” i „How Do You Do” z nowego krążka okazały się totalnymi petardami, podobnie jak wykonanie „Everywhere” Fleetwood Mac. Załapałem się jeszcze na końcówkę Clarka, który dał popis prawdziwej wirtuozerii (chyba jako jedyny solowy artysta na Tauronie grał faktycznie w całości „na żywo”). Zaraz po tym moje nogi postanowiły wezwać taksówkę, żeby odeskortować się w bezpiecznie, ciche miejsce. W ten sposób przegapiłem Jimmy’ego Edgara i Rustiego, ale obaj wypadli podobno strasznie blado w porównaniu do wcześniejszych występów tego dnia, więc chyba moja decyzja nie była bezsensowna. Wiecie, nie popija się foie gras oranżadą Helena.

[PS] Wszyscy wy, którzy nie widzieliście Nguzunguzu możecie uważać się za przegranych festiwalowiczów. Moja ulubiona dwójka ostatnich miesięcy rozbujała gibanę przed tourbusem, samplując A$APA i Ciarę. W moim serduszku raczej płynie noise, no ale nie bawić się do takich rytmów?

[CR] Drugi dzień festiwalu zainaugurowali Norwegowie z 120 Days, którzy dali popis przeciętnego, tanecznego indie. Idealny soundtrack do pierwszego browara tego dnia. O 21 na scenie głównej za deckami zasiadł Madlib. Pierwsze 15 minut przyniosło jedynie konsternację. Otis Jackson miotał się pomiędzy poszczególnymi, lepszymi i gorszymi, numerami by w końcu zacząć zapodawać prawdziwe bangery. W kluczowym momencie na scenę wbiegł Freddy Gibbs i pokazał kto teraz powinien rozdawać karty w rap-grze. Absolutnie bezbłędna i intensywna nawijka była przerywana powracającym ciągle okrzykiem „Everybody say:  FUCK POLICE!”. Łałłałjupiołjupiej, były łapy w górze i pląsy. Czekam na wspólny krążek obu dżentelmenów bardziej niż na zwrot podatku na wiosnę.

Strzałem w dziesiątkę okazał się też występ Mouse on Mars. Nadal nie mogę uwierzyć, że goście, którzy grają muzę od prawie dwóch dekad są w stanie być nadal w tak świetnej formie. Wspomagani przez czarnoskórego perkusistę, Jan St. Werner i Andi Toma, urządzili świetną, świeżą i pełną muzycznej elokwencji, szaleńczą wiksę. Kawałki z „Parastrophics” dosłownie rozorały kawał trawy znajdujący się przed sceną główną. Pojawiające się tu i ówdzie szepty o świetnej formie Niemców nie były więc ani trochę przesadzone. Muzyka elektroniczna wyprzedziła w ten sposób Currywurst i fabularyzowane produkcje porno na mojej liście „ulubionych rzeczy z Niemiec”.

Nieźle prezentowali się m.in. trip-gopowy, atmosferyczny Ghostpoet i wysysający wszelkie soki swoimi morderczymi juke’ami DJ Spinn, ale w trakcie tych występów dostaliśmy zaproszenie na audiencję z Madlibem. Król siedział wyczilowany w swojej garderobie, podczas gdy jego menedżer polewał Belvedere, a Gaslamp Killer pytał się czy mamy bletki. Materiał z tego spotkania też nadciąga wielkimi krokami.

Scenę główną tego dnia zamykał wspólny DJ set Four Teta i Caribou. Przysłowia jednak nie kłamią, z dużej chmury, mały deszcz. W zasadzie nie był to deszcz, a stróżka moczu wymierzona wprost w twarze słuchaczy. Dwóch intelektualistów wysmażyło strasznie nudny i przewidywalny set. Potworny zawód jak na sobotniego headlinera. W dziedzinie DJ setów mistrzem okazał się jednak Gaslamp Killer. Zaczął od Hendrixa, a potem płynnie przeszedł z najmroczniejsze dubstepy jakie słyszałem w życiu i co jakiś czas przełamywał to kwiatkami w stylu motywu z Gwiezdnych Wojen. Całość uzupełniły świetne, przywodzące na myśl witch house’ową stylistykę, wizuale. Gaslamp płynnie przemienił się z ogarniętego epileptycznym szałem DJ’a w dostarczyciela jointów dla TNGHT, którzy zaraz po nim zaczęli swój brutalny, opętańczy set. Kawałki z EPki przeplatali rapowymi wymiataczami i dosłownie zmiażdżyli publikę. Za namową Lunice’a, znarkotyzowane dzieciaki aż trzy razy uformowały koło na Circle Pit. HudMo i Lunice zeszli w glorii i chwale, o czwartej rano, ze sceny i zamknęli dla mnie oficjalną część festiwalową.

[PS] Po czym najłatwiej rozpoznać kto był czynnym uczestnikiem festiwalu? Jeśli nuci pod nosem rytmiczne „tu tu, tu tu ru tu tu tu“ to oznacza, że napewno widział TNGHT. Albo przypadkiem znalazł się w obrębie jednej z pięciu scen, na których „Bugg’n“ leciało nieprzerwanie. W osobistym rankingu najlepszych potańcówek wyjazdu wygrywa Mouse on Mars (byli ludzie, którzy nawet nie tupnęli nóżką, nadal nie dowierzam). Najbardziej żal, że DJ Rashad został gdzieś na granicy i Spinn musiał ogarniać całą hołotę przed autobusem w pojedynkę. Choć spontaniczny konkurs w jak najniższym przejściu pod przyczepionym do kija ananasem śmieszy mnie do teraz. Jest ananas, jest gibana.

Do przetrwania została jeszcze niedziela. Tu występy były jednak tylko trzy. Na pierwszy ogień poszedł King Krule, który wystąpił w Kościele Ewangelickim. Otoczenie zdecydowanie działało na korzyść tego zdolnego, rudego szczyla. Jego przejmujący głos nie był jednak w stanie zakryć braku instrumentalnej finezji. Towarzyszący mu zespół był w zasadzie niepotrzebny, nie wnosił do muzyki zupełnie niczego i jedynie zajmował miejsce na kościelnym ołtarzu. Koleś nie jest więc jeszcze gotowym artystą i jedynie pokazał, że może niedługo zarządzić całym tym biznesem. Osobiście, trzymam kciuki i czekam na więcej.

Na deser zostało afterparty w Hipnozie. Całkiem nieźle poradzili sobie Beat Friendly z Noviką, która śpiewała do puszczanych przez chłopaków nagrań. Biorąc pod uwagę moją alergię na takie inicjatywy, wypadli naprawdę dobrze. Po pierwszej na scenę wszedł Matias Aguayo, który niedługo zyska miano rezydenta imprezy. Chilijczyk najpierw zaśpiewał jedną ze swoich kompozycji, a potem stanął za dekami i sprzedał zgromadzonym porcję rzeźnickiego techno zainspirowanego brzmieniami Ameryki Łacińskiej. Trzy razy tak, przechodzisz do ścisłego finału. Rano, po gorączkowym pakowaniu, starczyło jeszcze czasu, żeby skorzystać z hotelowego basenu z widokiem na teren KWK Katowice. Łezka w oczach się kręci, za rok tam wracamy, tym razem z plastrami na odciski i większą ilością energy drinków, żeby dotrwać do szóstej rano.

PS 

Kiedy nie jesteśmy bezdusznymi ochlaptusami, zgarniającymi darmowe wejścia na imprezy, potrafimy być całkiem serdeczni, dlatego w tym miejscu chciałem gorąco podziękować za współpracę Danielowi i Pawłowi z ekipy organizującej festiwal oraz całej reszcie ludzi bez których nic byśmy na tej imprezie nie wskórali. Dzięki, dozo za rok.

Thank for your puchase!
You have successfully purchased.