The Mynabirds – Lovers Know

Na swojej trzeciej solowej płycie Laura Burhenn łagodzi trochę polityczny, feministyczny ton, mocniej koncentrując się na tym, by dla odmiany od fortepianowego smęcenia przywalić naprawdę fajnym, pełnym znakomitych refrenów electropopem.

Na przesunięcie akcentów wpływ miało kilka czynników. Podróże po Ameryce, jak długa i szeroka, południowoafrykańskie tournée (nie – uprzedzam – nie słychać szczególnych polirytmii), a wreszcie fakt, że “Lovers Know” artystka prawie w całości skomponowała we własnej sypialni, na jakimś przedpotopowym Casiaku. Nie jest to jednak jakieś dążące ku 8-bitowi kiczowate italo, ale nagranie które mogłoby być owocem współpracy Florence z Franzem Ferdinandem (co nie dla każdego będzie rekomendacją), albo jak nienagrany jeszcze album Sharon van Etten.

Videos by VICE

Największą siłą tej płyty jest sprawność z jaką Laura łączy wątki ewidentnie rodem z zimnych i przekoloryzowanych ejtisów z ciepłem i szczerością dream popu. Ten drugi skutecznie napełnia retro dźwięki ciepłem, natomiast zakorzenienie w klimatach synth nie pozwala płycie rozlać się w jakieś jednostajne pastelowe bagnicho. A wszystko to mimo, że to dwanaście piosenek o miłości i rozstaniach, czyli dokładnie tym, o czym gra i śpiewa 99,9% jej konkurentek. Przewaga Buhrenn polega też na tym, że wokalnie nie popada w przesadne egzaltajce. Nie ma tu galopad na wzór Florence, która histeryzuje, jakby liszajem obeszła i musiała drapać się do szaleństwa. Jest umiar, tworzenie tła; często czuć rozmarzone zmęczenie. Szepty, fajnie dozowane interwały. I melodie. Melodie są tu pierwsza klasa.

Nie ma też mowy o nudzie brzmieniowej, bo o ile gatunek i klimat jest zarysowany konsekwentnie, to Mynabirds znajdują w ich ramach nieprzebraną ilość brzmień, które nie pozwalają na nudę. Starczy porównać takie zimnofalowe (myślcie: Kas Product) “Shake Your Head Yes”, albo “Believer” z typowo indie-popowym “Semantics”, stone-rosesowskim “Orionem”, albo “Velveteen”, którą z powodzeniem mogłaby nagrać Lana del Ray. A takie “Wildfire” potrafi otrzeć się o disco.

Jeśli do czegoś się czepiać, to może najwyżej do tego, że podaż płyt podobnych, a wcale nie dużo gorszych, jest w tym roku przeogromna. Mało tego, połowa line-upów letnich festiwali stała kolejnymi indie-popowymi wokalistkami, które tak przeokrutnie przeżywały na scenie, że parki na widowni nie mogły robić nic poza ocieraniem się noskami i toczeniem łez szczęścia. Naturalnie, wszystkie te pannice zjadła w tym sezonie Susanne Sundfør – tu temat zamknięty. I mówię to z pełną świadomością, że jesienią i wczesną zimą czeka nas kolejna fala płytowych premier. W całym tym #bogactwo Mynabirds dają radę, robią bardzi przyzwoitą robotę ale jednak trochę się topią. To kompletnie nie jest muzyka istotna. Co może być dowodem na to, że indie-pop stał się już popem pełną gębą. Muzyką stricte rozrywkową. I piszę to kompletnie bez intencji jakiegokolwiek aksjologizowania. Inteligentny pop to nie powód do wstydu.

Thank for your puchase!
You have successfully purchased.