Właściwy człowiek

Jackson Pranikoff. Kręcone włosy. Rzadki zarost. Amerykanin z Nowego Orleanu. Afrykanista. Zgubił paszport na Czarnym Lądzie. W Mali pije wodę z kranu, czego nie wolno robić za nic w świecie. Tak przynajmniej ostrzegają europejscy lekarze. Je wszystko, jak prawdziwy Malijczyk. Czasami ma sranie. Nie robi sobie z tego nic. Jackson pomógł nam się odnaleźć w Bamako. Od trzech dni świętujemy wspólnie zbliżający się koniec ramadanu.

Zaczęło się tak. 22 lipca, nasza pierwsza noc w Bamako, z nieba leje się wiadrami. Ktoś nie może wejść na teren hotelu, w którym się zatrzymaliśmy. Wali w wielką metalową bramę. Krzyczy. W końcu przechodzi przez 3-metrowy mur. Tak zaczęła się nasza znajomość z Jacksonem.

Videos by VICE

Pierwszy poranek po afrykańskim deszczu. Pierwsze zamówienie. Pierwsza obawa co będzie, jak to zjemy. Pojawia się Jackson. Wita się z większością hotelowych gości. Jedząc śniadanie gra w karty z właścicielem. Po chwili siedzi przy naszym stoliku. Okazuje się, że siedzi w Bamako od kilku miesięcy. Wie, co można, a czego nie. Mówi po francusku. Uczy się Bambara. Spada nam z nieba. Nie musimy szukać przewodnika/tłumacza. On nim będzie. Jest idealny – przyciąga ludzi, szybko nawiązuje kontakt.

Sprzęt gotowy. Wychodzimy na zdjęcia. Jackson zatrzymuje taksówkę bez klamek. Lekko zdezelowana. Co ja mówię… Lekko? To ruina! Taksówkarz uśmiecha się do Jacksona, jak do rodzonego brata. Rozmawiają przez szybę, po chwili jedziemy. Podjeżdżamy w umówione miejsce na zdjęcia. Jackson pokazuje nam stolicę zachodniej Afryki – gdzie robi zakupy, co je na ulicy, od kogo kupuje słynną „bezpieczną” wodę w małych woreczkach.

Nagrywam ludzi na ulicy. Robię zbliżenia na ich twarze. Podchodzę blisko, ale widzę, że nie są zadowoleni. Jackson momentalnie reaguje. Zaczyna tłumaczyć, że jesteśmy dziennikarzami z Polski, że robimy reportaż o Mali. Po chwili witamy się już z całą rodziną, każdą osobą, która koło nas przechodzi.

Mam pozwolenie. Mogę filmować. Jeden z bohaterów zaczyna kroić kiełbasę. Lekko upieczoną na patelni, o której nie chcecie nic wiedzieć. Wyciąga do nas brudny talerz pokazując na migi, że musimy spróbować. Dookoła jest tabun ludzi. Hałas. W powietrzu unosi się czerwony pył. Na ulicy mężczyźni, kobiety i dzieci na niedużych skuterach. Każdy jedzie w inną stronę. Nie ma zasad. Jest refleks. Żar kapie z nieba. Kiełbasa to ostatnia rzecz, na jaką mamy ochotę. Jackson tłumaczy, że musimy ją zjeść. Nie możemy odmówić. Upewniamy się, czy przeżyjemy tę kiełbasę. Jackson uśmiecha się do nas – przeżyjecie! Jemy. Wszyscy trzej.

Kiełbasa w Bamako smakuje inaczej niż w Polsce. Jest tłusta jak cholera. Lekko ciepła. Ciągnie się przez zęby. Nie wiem jak Piotrek, ale ja łykam ją w całości. Ruszamy dalej. Jackson krzyczy do taksówkarza. Jedziemy. Nagle zatrzymujemy się na moście. Wszyscy trąbią. Schodzimy nad Niger. Na dole leży chudy, jak kij bambusowy, Afrykańczyk obok swojego pieroga, czyli miejscowej łódki. Fajnie byłoby popłynąć… Proste pytanie: za ile na drugi brzeg? Niestety nie rozumie nas. Mówi tylko w Bambara. Zaraz, zaraz, trochę rozumie po francusku. Jest dobrze. Mamy Jacksona. Dajemy mu 5 tys. franków (ok. 32 zł) i płyniemy. Jesteśmy na środku Nigru. Bamako z tej strony jest najciekawsze. Nasz przyjaciel cały czas mówi, wymachuje rękami. Każdy budynek przedstawia nam z osobna. Wiemy więcej niż powiedział nam 600-stronicowy przewodnik o Afryce.

Mamy podwójne szczęście. W Mali jest teraz gorący politycznie okres, właśnie odbyły się wybory prezydenckie, wkrótce wybory parlamentarne. Mamy mnóstwo pytań. Wątpliwości. Niejasności. Dla tych ludzi i tej czerwonej ziemi to niezwykle ważny czas – wyjaśnia nam. Tłumaczy hasła kandydatów, pozwala zrozumieć ich sens, opowiada pokrótce o historii każdego z nich. Jest naszą gazetą, telewizją i internetem w jednym. Nawet jeżeli czegoś nie wie, to sprawdza i za moment mamy konkretną wiedzę.

Jackson prawie codziennie pisze na swoim MacBooku. Opisuje ludzi, których spotyka. Miejsca, w których bywa. Jego pulpit to dziesiątki ikon. Każda ma swoje miejsce, długość tekstów to symbol mniej lub bardziej udanego dnia.

Zapadła noc. To był ciężki, upalny dzień. Jackson zabiera nas do Night Clubu w Bamako. Czemu nie – jest klimatyzacja, można palić, tak jak w taksówce, w sklepie, wszędzie. Wita nas trzech murzynów. Są uśmiechnięci. Zapraszają. Wchodzi się po schodach. Jest lekko niebieskie światło. Niepewnie idziemy za Jacksonem. Na górze stół bilardowy i parę stolików. Siadamy. Rozmawiamy o jego ostatniej podroży do Senegalu. Opowiada jak tam jechał, o widokach, ciekawych miejscach, ludziach, jedzeniu. Barmanka okazuje się być z Senegalu. Piotrek chciałby pojechać do Senegalu. – Jedź ze mną – mówi barmanka. – Mogę być twoim przewodnikiem.

Czekamy na telefon od gościa z ambasady niemieckiej. Ma dać nam kontakt. Ważny dla nas kontakt do człowieka, który ratował manuskrypty z Timbuktu. Przewoził je. Ukrywał. Ryzykował wszystko. Dostajemy sms-a z numerem telefonu. Jackson dzwoni. Umawia nas na spotkanie. Idziemy razem. Przed nami stoi wielki murzyn w jasnych szatach. Patrzy nieufnie. Witamy się. Siadamy i rozmawiamy. Jest dobrze. Gość opowiada. Uśmiecha się. Jackson rozmawiając gestykuluje. Gość coraz lepiej się czuje. Mamy go w garści. Umawiamy się z nim na kolejny dzień. Pokaże nam manuskrypty. Opowie wszystko. Jest dla nas. Jest zadowolony. Pyta czy zamierzamy jeszcze wrócić do Mali?

Insza Allah – odpowiada Jackson [jeśli Allah pozwoli]. Uśmiechy na naszych twarzach pozostają jeszcze długo.

Wracamy do hostelu. Siadamy na wygodnych fotelach. Wiatraki rozbijają powietrze. Jaszczurki leniwie czekają na swoje ofiary. Włączam muzykę z komputera Jacksona. Trafiłem w jeden z jego ulubionych numerów, Kid Cudi, „Day’n’Nite”. Rozmawiamy do rana…

 
 
Thank for your puchase!
You have successfully purchased.