Żywe trupy (na żywo)

Zastanawialiście się jak wygląda starość gwiazdy rocka? Bo ja tak. I to nie raz.

Najczęściej był to obraz jakiegoś rustykalnego dworku na angielskiej wsi, garażu z Rolls-Roycem, odpalonego kominka, wygodnego fotela, starej whisky i czasu spędzonego na zastanawianiu się, jak wydać te wszystkie pieniądze, nim dopadnie mnie, przyśpieszona latami hardcorowego imprezowania, śmierć.

Videos by VICE

I może ci bardziej zapobiegliwi życiowo tak teraz żyją, wspominając jeden wielki ciąg narkotykowy lat 60. i 70.

Na ogół jednak sceniczni giganci nie należą do tych zapobiegliwych. I tu się zaczynają schody. Bo gdy całe twoje życie zawodowe wygląda jak jeden niekończący się melanż, to pieniędzy na zawodowy spoczynek za dużo nie zostaje. Albo gorzej – w ogóle ich nie masz. W tym wypadku jest jedno rozwiązanie. Finansowe zbawienie niespokojnych dusz (i nie lada wyczyn dla geriatrycznych ciał). Trasa koncertowa, ale trasa trasie nie równa. Jest ich parę rodzajów, z czego wygłodniałe dinozaury najbardziej lubią trzy z nich:

Największe kokosy zbija się na tzw. comeback tour – doskonałym przepisem jest, skłócenie wokalisty z gitarzystą, rozwiązanie zespołu, odczekanie paru lat i szumne ogłoszenie powrotu. Ludzie przybiegną z mamoną w zębach, byleby się załapać na taki koncert (słyszycie Gallagherowie?). Można też najzwyczajniej zrobić sobie wakacje, odpocząć od siebie i powrócić do grania po jakimś dłuższym czasie, ale szum medialny będzie trochę mniejszy niż w wariancie pierwszym.

Drugim wielce intratnym rodzajem koncertów są te jubileuszowe. Ostatnio zapanowała na nie niesamowita moda. Rocznic jest natomiast wiele – utworzenia zespołu, pierwszego występu na scenie, wydania płyty nr 1, 2, 3… Mogą być okrągłe, mogą kończyć się na 5, mogą być nawet kompletnie z dupy – ważne, żeby było co uczcić.

Ostatnim, no może tym trochę mniej lubianym (choć świetnie dofinansowującym emeryturę) typem trasy jest ta pożegnalna. Robi wokół siebie wiele szumu, bo to taka zawoalowana groźba – „przyjdźcie na te koncerty, albo już NIGDY nas nie zobaczycie”. No ale gdyby muzycy byli słowni, to połowa z tej listy powinna teraz siedzieć w domach.

Takich dorabiających weteranów, wraz z czasem mijającym od wybuchu muzyki popularnej na przełomie lat 60. i 70., tylko przybywa (choć biologia powinna nam podpowiadać, że niedługo sporo ich ubędzie).

A oto top ten żywych trupów (na żywo!):

1. The Rolling Stones


Zdjęcia: Flickr/Marco Rosanova

Mówi się o nich “żywe legendy rocka”. Tylko co do tych “żywych” można mieć poważne zastrzeżenia, bo podobno już dawno zostali zastąpieni przez maszyny. Po przeczytaniu ich biografii staje się to oczywiste – no bo jaki organiczny byt po siedemdziesiątce i po tylu latach walenia w żyłę i szurania nosem dałby radę wytrzymać dwie bite godziny na scenie? Nawet T-1000 by się roztopił. A co dopiero typ, którego twarz jest bardziej pomarszczona, niż zwoje mózgu. Doszły mnie też słuchy, że opóźnienie ubiegłorocznej trasy koncertowej związane z żałobą pana “Wielkie Usta” Jaggera było tylko przykrywką pod niezbędne serwisowanie. Brzmi sensownie.

2. The Who


Zdjęcia: Flickr/Ron Baker

Chłopaki zasłynęli piosenką o swoim pokoleniu. Ale mówiąc o naszym pokoleniu wiem jedno – większość na hasło The Who powie “kto?”. I nie z powodu szpanowania swymi zdolnościami tłumaczeń (często opartymi na internetowych aplikacjach robiących to za nas), ale dlatego, że zespół szczyt świetności przeżył jakieś… 45 lat temu. Podobno w tym roku mają zamiar urządzić sobie trasę pożegnalną. No ale jak z tymi pożegnaniami jest, wiadomo. Znajdzie się potrzebujące dziecko z rakiem albo zbyt wysoka rata kredytu za nowy samochód i czeka nas comeback. No ale chyba zbyt się zagalopowaliśmy, bo póki co ostateczny tour jest tylko słowną obietnicą.

3. AC/DC


Zdjęcia: Flickr/Francesco

Ja po opuszczeniu gimnazjum pierwsze co zrobiłem, to wyrzuciłem symbol cywilizacyjnego zniewolenia, jakim jest szkolny mundurek. Angus Young chyba nie przejmuje się tym, że szkołę powinien był skończyć około 40 lat temu. Ale prawdziwym ciosem poniżej pasa (albo w tym wypadku powyżej) w zmysł estetyczny jest jednak rozbieranie się na scenie. Stary! Czy ty masz w ogóle lustro? Dynamitem to wy już dawno nie jesteście, a powrót do czarnego powinien być w wykonany natychmiastowo. Do waszej czarnej dziury (no offence Australia).

4. Queen


Zdjęcia: Flickr/bobnjeff

Brytole mają takie okolicznościowe hasło “umarł król, niech żyje król”. Świadczy ono o ciągłości ustroju i tym podobnym sentymentalnym sprawom. Brian May najwyraźniej wziął sobie to zbytnio do serca (i pod swoją gęstą czuprynę) i trochę lat po śmierci swojej królowej męskiego wokalu, znalazł sobie nową. Dla podtrzymania swej skostniałej monarchii. Sentymentalne śpiewki czasów, gdy trzęśli publiką i honorowali się laurem zwycięzców, powtarzane są w kółko przez prężącego się Adama Lamberta, próbującego być ultra-Freddym. Ja tam chyba bym wolał, żeby królowa umarła i zmarłą pozostała.

5. Mötley Crüe


Zdjęcia: Flickr/Eva Rinaldi

Prawdziwi przedstawiciele “wytapirowanego pokolenia”. Personifikują wszystko to, co znaleźli w słowniku pod hasłem “bezguście” – od glamu, kiczu, tandety, po pomarańczową opaleniznę wokalisty i kozią bródkę u basisty (o pseudonimie artystycznym w stylu porno gwiazdki). No i jak na jednych z najbardziej tandetnie wyglądających muzyków z branży przystało, mają jeden z największych fan-clubów w Stanach. Ufff… jak dobrze nie być w USA. Na całe szczęście postanowili ukrócić nasze męki i zakończyć swoją karierę w 35-lecie, już w sylwestra 15/16. No ale co do takich deklaracji, to już się nauczyłem i im nie wierzyć. I chyba nie tylko ja, bo Alice Cooper zaproponował im nawet zgilotynowanie na scenie podczas ostatniego koncertu – to ucięłoby wszystkie spekulacje powrotu.

6. Scorpions


Zdjęcia: Flickr/Carlos Varela

7. Czerwone Gitary

Na naszym, rodzimym podwórku też można znaleźć nie lada skamieliny. Beatlesi polskiego bigbitu (licząc staż w branży, to są nawet lepsi) chyba nie chcieli popaść w kompleksy i tez postanowili grać swoje 50-cio lecie. Co z tego, że sprawność już nie ta? Zmieńmy połowę składu na nowsze modele i w te pędy po dodatki do kiepskiej emerytury przedstawicieli wolnych zawodów.

8. Krzysztof Krawczyk

Człowiek legenda. Romantyczny trubadur o nalanej, wąsatej twarzy – prawdziwy Polak. A właściwie, to wy nie jesteście Polakami (i oczywiście polaczkami), jeśli go nie znacie. Gra już tyle, że ostatnio powtarza w kółko “pół wieku, człowieku”, żeby samemu nie zapomnieć ile dokładnie. A z tym pół wieku to w sumie trochę dziwna sprawa, bo trzeci rok gra już 50-lecie. Albo łapie go demencja i nie jest w stanie już zorientować się który to dokładnie rok, albo było naprawdę krucho z hajsem… No ale teraz chyba już się nie będzie o to musiał martwić, bo w towarzystwie następnej gwiazdy reklamuje Radio Zet Gold. I to w jakim stylu! Takiego Don Cristoforo kochamy wszyscy – z prawilnym kajdanem na prywatnym koncercie! (krążą słuchy, że ma kończyć karierę dj setem na Open’erze)

9. Ryszard Rynkowski

Jak widać, nie tylko Krzysio dorabia jako twarz Radia Zet Gold. Rysio i jego nieśmiertelna łysina też oferują się na prywatny koncert. Chyba na serio wezmę udział w konkursie! No ale jak się nie uda zgarnąć pana Brązowego na własność, to się nie popłaczę, bo zawsze można iść na jeden z akustycznych koncertów z okazji 25 lat na scenie (w porównaniu do innych graczy w stawce, to raczej nie ma zbyt chwalebnego wyniku). Dzięki mu przynajmniej za to, że jak przystało na faceta niepamiętającego już nawet swojego kryzysu wieku średniego, będzie siedział przy fortepianku i smęcił, a nie biegał po scenie i machał łapami, jak jakiś nastolatek.

10. Bajm


Zdjęcia: Flickr/Łukasz Jernaś

Kiedyś myślałem, że Beata Kozidrak wrosła w kozaki i już nigdy ich nie zdejmie. Myślałem też, że skończy grać nim dorosnę. Niestety w obu przypadkach byłem w błędzie. Ba! Beatka i jej świta grają cały czas i z ich strony wynika, że nie koncertują z byle jakiego powodu, bo (uwaga, zaskoczenie) świętują swój jubileusz. Nie było niestety żadnych wyjaśnień, który to roczek na scenie chcą uczcić, więc sam zabrałem się za obliczenia. No i wyszło mi, że to 36. lub 37. Po co nam okrągłe daty, skoro możemy hucznie celebrować każdy rok?

Jak widzicie, emerytura w zawodzie śpiewako-grajków jest chyba rzadkością. No ale czemu się dziwić? W końcu spędzili życie na zarabianiu grubych kwot i unikaniu składek na ZUS. Nie wyszło im to chyba na dobre, bo teraz muszą dniami i nocami wymyślać coraz to nowe daty do uczczenia, żeby koncertowy strumień gotówki nie wysechł. I tak jak kiedyś myślałem, że starość gwiazdy estrady jest miłym odpoczynkiem przyprawionym milionem wspomnień rockandrollowego żywota, teraz wiem, że tak kolorowo nie jest i aż do końca swych dni żyje się w strachu, że hajsy się skończą i będzie trzeba znów robić z siebie pajaca na scenie. I to geriatrycznego pajaca. Kurcze, chyba nie jest tak sielsko, jak się zdawało…

*kolejność w liście to całkowity przypadek

Thank for your puchase!
You have successfully purchased.